Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

List Jacka Wacławskiego



06.09.2006 r. - Jeszcze w nocy narada na "Nektonie". Przed nami 450 mil w najtrudniejszych na wyprawie warunkach. Duże zalodzenie wzdłuż wybrzeży Alaski: lód dochodzący z kilku miejscach do samego brzegu i brak aktualnych map lodowych. Czekanie, co zdecydować? Potrzebna jest nie tylko ocena bieżącej sytuacji, ale też tego, co będzie, czy pole nie będzie się zamykać. Silny północny wiatr może spowodować dopchnięcie pól lodowych do wybrzeża i tym samym odcięcie drogi odwrotu. Poprzednie mapy pokazują niewielkie przejście wzdłuż wybrzeża Alaski z polem lodowym 2-3 i w kilku miejscach niemal przy samym wybrzeżu 5/10, praktycznie nie do przebycia dla jachtu.

"Gambling" jak powiedział Kaziu. Wejść czy nie. Pierwszy raz poczułem trochę strachu. Nigdy wcześniej nie byliśmy w takiej sytuacji. Mając przed sobą spory odcinek z dużym zalodzeniem, bez możliwości pomocy, tylko na własną rękę i bez możliwości schronienia. Zapomnieć o asekuranctwie i po prostu płynąć dalej, tam zobaczymy jak wygląda sytuacja. Następnego dnia przyjdą przez radio nowe mapy lodowe, będziemy więcej wiedzieć.

Rano szybkie wyjście z Tuktoyaktuk. Pierwsze kilkadziesiąt mil bez lodu, ale na bardzo płytkich wodach. Wiało z dobrego kierunku zrobiliśmy więc sprytny manewr: wejście między mielizny, dzięki temu zyskaliśmy dobre 10 mil. Cały czas bardzo płytko, rzeka Mackenzie nanosi bardzo dużo osadu, który zalega do kilkudziesięciu mil od brzegu. Jazda 7 węzłów na 3 metrach. Razem ze Skalmą żartujemy, że to niezły współczynnik. Podczas rejsu Gedanii do Arktyki, była opinia, że przestaje być komfortowo, gdy stopni w skali Beauforta jest więcej niż Celsjusza. My teraz dodajemy swoją część, że tak jest gdy metrów na sondzie jest mniej niż węzłów prędkości. Skalma oczywiście chce ustanawiać rekordy. Współczynnik 3,1 wydaje się ciężki do pobicia..

Morze Beauforta jak na razie jest dla nas bardzo łaskawe. Znów dobry wiatr, bardzo ciepło, to skutek napływu cieplejszej wody z rzeki Mackenzie.

W nocy zorza. Kolejny raz, ale najpiękniejsza, jaką widziałem. Jasność i czystość kolorów. Odcienie zieleń i fiolet, przeplatające się, jak szal przez całe niebo.

07.09. 2006 r. - Pola lodowe
Piękna pogoda, idealnie płaska woda - jak lustro, bezchmurne niebo. Pierwszy lód pojawia się na daleko przed nami. Na linii horyzontu połyskuje w słońcu płaska biała linia, "ice blink". Wreszcie jesteśmy wśród lodów. Refrakcja zniekształca obraz, wielkie kry lodowe widziane z daleka wyglądają jakby miały wysokie poobrywane krawędzie. Kiedy zbliżamy się do nich obraz się zmienia, wygładzają się, miejsce które wydawały się nie do przejścia, są bardziej wolne niż myśleliśmy. Z poziomu wody pole lodowe wygląda na niemal zamknięte, nie do przejścia. Po wejściu na maszt do poziomu salingu, okazuje się, że można spokojnie płynąć dalej.

Lód przyjmuje wiele form. Część brył wygląda jak małe góry lodowe, poprzewracane, najwyraźniej powstałe przez wypiętrzanie kry. Jest coraz więcej dużych kawałów grubej kry, wyglądających bardzo masywnie. Nad powierzchnią ok. 1- 1,5 metra grubości, wieloletni lód - największe fragmenty, jakie widzieliśmy - miały po kilkadziesiąt metrów średnicy.

Na brzegu widoczne Góry Brooksa. Strzeliste, wysokie szczyty. Wśród ośnieżonych wierzchołków, Mount Michaelson, najwyższy w całym paśmie. Tworzą piękne tło dla pól lodowych, wśród których płyniemy.

O 14.17 jesteśmy na granicy Kanada - Alaska. Lodu jest trochę więcej, choć na razie nie sprawia trudności, wręcz przeciwnie, żegluga w takich warunkach jest fantastyczna. Przekazujemy "Nektonowi", który jest kilka mil za nami informacje o wejście w kolejne pola lodowe. Mamy spotkać się na Barter Island, by w największe zagęszczenie lodu wejść razem.

Gdy robi się już ciemno podchodzimy do Kaktovik, małego miasteczka na Barter Island. Zatoka jest bardzo płytka, mimo że mapa mówi o czterech metrach, siadamy na mieliźnie jeszcze daleko od brzegu. Spokojnie udaje się zejść. Odzywa się radio, już zdążył nas ktoś zauważyć. Kapitan stojącej na brzegu barki, dziwi się skąd przypłynęliśmy, bo z obu stron tu daleko, nikt tu nie dociera. "You gotta be tought guys". Zaprasza do siebie na herbatę.

Zostaje z Kostkiem na jachcie, na barkę płynie Agnieszka z chłopakami. My tymczasem popijamy resztkę znalezionego w nawigacyjnej rumu, na jachcie jest cicho, nie do wiary, że dopłynęliśmy już na Alaskę. Na iridium dzwoni Maciek Jędzejko, to miła niespodzianka. Śpiewa szantę "Northwest Passage". Tekst, który rozbudził wiele żeglarskich marzeń, legendarna trasa, a my jesteśmy w jej sercu - to za Northwest!

08.09. 2006 r. - Pobudka, jeszcze ciemno. Przez radio woła nas gość z barki "Sag River". Wypływamy razem, jest gęsta mgła, nie widać dalej niż na kilkadziesiąt metrów. Płyniemy zaraz za rufą barki, kilka metrów od jego burty, zaraz obok nas "Nekton". Zestawu barek przed dziobem nawet nie widać. Jest sporo lodu, płyniemy bardzo blisko brzegu. Kapitan pchacza ma duże doświadczenie na tych wodach, teraz prowadzi nas uważnie wzdłuż krawędzi największego zalodzenia. Nasza trasa wije się wzdłuż wybrzeża. Wchodzimy do każdej zatoki, tak by cały czas być jak najbliżej lądu.

Płyniemy szybko, miejscami do 7,5, a nawet 8 węzłów. Czasem zdarzy się, że barka mija wielki kawał lodu, część wpada pod jej kadłub, widać tylko ślady farby na bryłach zostających za rufą. Fala w kilwaterze barki jest duża, ale płynie się dosyć spokojnie, na mniejszych niż zwykle obrotach silnika. Ciekawy obrazek: wielki zestaw, długie na ponad sto metrów barki, pchacz, "Stary" i obok niego "Nekton".

Po 25 milach kapitan pchacza ogłasza przerwę. Cumujemy do rufy "Sag River" i spotykamy się na jego pokładzie rufowym na kawie. Załogi "Nektona", "Starego" i "Sag River" - gęsta mgła, sporo lodu i pełny luz. Kapitan barki mówi o wodach Alaski i naszej dalszej trasie. Z dużym szacunkiem i respektem, wskazując miejsca gdzie można schować się w złej pogodzie, uciekać przed sztormem. Ruszamy dalej, ale niedługo później musimy rozdzielić się, "Sag River" wchodzi w lagunę, gdzie jest dla nas za płytko. Płyniemy dalej w gęstniejącym polu lodowym, przy bardzo małej widoczności. Największe kry mają po sto i więcej metrów. Kluczymy między nimi.

Wzdłuż wybrzeża Alaski ciągnie się szereg lagun, odgrodzonych od oceanu Arktycznego przez małe piaszczyste wyspy. Szlak przez laguny jest korzystniejszy ze względu na lepsze warunki lodowe, ale dla nas często niedostępny. Głębokości wahają się tam od 1,5 do 3 metrów, w wielu miejscach byłyby nie do przejścia dla nas.

O polu lodowym. Tak naprawdę - cudowna żegluga. Mgła stwarza dobry nastrój, jesteśmy zamknięci w małej przestrzeni, tylko konfiguracja lodu wciąż się zmienia. Lód. Błękitny - najładniejszy, jest też biały i szary, wieloletni. Morze idealnie płaskie. Lód działa jak idealny falochron, wygładza powierzchnie wody nawet przy silnym wietrze. Wiem, że musimy gnać za wszelką cenę do przodu, ale decydujemy się zakotwiczyć przy małej piaszczystej Cross Island. Ale to już zupełnie osobna historia...

09.09. 2006 r. - Cały czas we mgle. Już zaczynam się do tego przyzwyczajać. Widoczność na kilkadziesiąt metrów, wokół jachtu bryły lodu, ale można płynąć nie zwalniając. Pierwszy raz gruba warstwa szronu osadza się na jachcie. Wszystkie liny są nim pokryte. Jest zimniej niż kiedykolwiek przedtem. Lawirowanie wśród lodu już stało się czymś normalnym, choć wciąż przynosi tyle samo radości.

Zastanawiamy się czy płynąć dalej w nocy. W końcu decydujemy się zatrzymać przy małej wyspie, tak jak poprzedniego dnia. Rzucamy kotwice na zaledwie 2,5 metra głębokości, "Nekton" staje do naszej burty. Popijamy herbatę, oglądamy zdjęcia z ostatnich dni. W końcu przychodzi zmęczenie, trzeba spać. Wspaniały dzień, aż trudno mi uwierzyć, chciałbym jeszcze bardziej się nim cieszyć, choć oczy się zamykają.

10.09. 2006 r. - Zejście z kotwicy o piątej rano, jeszcze ciemno. Mgła wbrew prognozom nie podniosła się. Czwarty dzień w polu lodowym. Sporo ładnego niebieskiego lodu, raczej mniejsze fragmenty, wielkie kry bardzo rzadko. Ścinamy 40 mil zatoki i płyniemy prosto w kierunku Cape Halkett. Cały czas bardzo płytko, 5-6 metrów. Zimno. Lekkie drgnięcie jachtu, uderzyliśmy w bryłę lodową.

Niedługo później znów uderzenie w lód. Daleko na dziobie. Kilka sekund i zaraz czuje je jeszcze raz, pod sobą, na rufie. Osłona na śrubę. Pierwszy raz zadziałała. Mieliśmy z nią dużo kłopotów, już zaczynałem się zastanawiać czy nie niepotrzebnie ją zrobiliśmy. Teraz w jednej chwili wątpliwości znikają. To jedna z tych rzeczy, które być może przydadzą się tylko raz, ale wtedy uratują jacht przed poważną awarią.

Noc. 3 mile od brzegu, lód się zagęszcza, zawracamy w kierunku lądu. Konsultacja z "Nektonem", płyniemy razem. Znów strzał w lód, teraz mocniej. Już wiem, że nie będę dziś spał. Nie ma szans, żebym zasnął. Walenie w lód nie jest normalne, nawet na małej prędkości. Znów myślę o osłonie. Dobrze, że ją mamy. Jest bardzo wąska granica między stanem, kiedy wszystko jest OK, a bardzo poważnym problemem. Ułamanie łopaty śruby to unieruchomienie jachtu, zostawienie go w niebezpiecznym miejscu, bez jakiejkolwiek możliwości odwrotu, zdanie na ruch lodu i wiatr. Już 400 mil pól lodowych za nami, blisko do końca.

11.09. 2006 r. - Czwarta w nocy, dalej kluczymy w lodzie, idzie już lepiej. Na kilka mil przed Point Barrow stajemy burta w burtę z "Nektonem" i naradzamy się, co dalej robić: płynąć za przylądek czy kotwiczyć w pobliskiej lagunie. Decydujemy przejść Point Barrow i dopiero kilka mil dalej rzucić kotwicę. Point Barrow jest szczególnym miejscem, właściwie pierwszą metą na Northwest Passage. Tutaj, w najbardziej na północ wysuniętym punkcie Alaski, naprawdę kończą się największe trudności związane z lodem. Dla nas przejście Point Barrow, już prawie ze 100% pewnością oznacza pokonanie Northwest Passage w jednym sezonie, jest punktem zwrotnym. Wspólnie z ekipą "Nektona" decydujemy, że wspólnie przejdziemy linię przylądka, zacumujemy jachty burtami. Symboliczny, dobry gest.

Tak też się stało. Były uściski, gratulacje, wspólne zdjęcia. Było mi miło, że moje urodziny wypadły na taki szczególny dzień.

Za trawersem przylądka, skierowaliśmy jacht na południe, w kierunku miasteczka Barrow, pierwszego w Stanach, jakie chcieliśmy odwiedzić. Niedługo później widzieliśmy łunę na miastem, wiele świateł, latarnia morska na końcu cypla, znak powrotu do cywilizacji. Zmęczeni, rzuciliśmy kotwicę, z nadzieją na korzyści z pobytu na lądzie, które miały nadejść następnego dnia.

Najbardziej na północ wysunięte miasto w USA, 4 tysiące mieszkańców. I niesmak. Bo co można innego powiedzieć, że amerykański system jest restrykcyjny, czy może, że jeśli w tym kraju nie ma na coś odpowiedniej procedury to jest niemożliwe do wykonania? Jest to pierwszy kraj, do którego po przypłynięciu poczuliśmy się jak intruzi. Byliśmy na "Starym" w ponad 30 państwach, ale nigdzie nie zostaliśmy tak potraktowani.

Zostaliśmy poinformowani, że możemy odprawić się dopiero w odległym o ponad 2000km Dutch Harbour na Aleutach. Argument o braku paliwa i wody, zbijającym się sztormie nie miał tam najmniejszego znaczenia, była nim raczej broń w ręce funkcjonariusz policji. I nie ważne czy paszport był kanadyjski czy polski, czy była w nim wiza, wszystkie pozwolenia itd.

Przez radio odezwał się do nas Carl, który jak się okazało przepłynął Northwest Passage w 1988r, i zna Wojtka Jacobsona, i zdeklarował pomoc. Przywiózł na plaże beczki z paliwem, a my pod obstawą policji, stojąc najwyżej po kolana w wodzie (poważnie, taka była umowa), mogliśmy je załadować na ponton i odpłynąć. Tyle o Barrow. Popłynęliśmy na południe do odległej o 50 mil zatoki gdzie mieliśmy schronić się przed zbliżającym się sztormem. Zapowiadano wiatr do 50 węzłów, prosto z południa. Póki co warunki były korzystne i gnaliśmy na żaglach - fantastyczna żegluga. Około północy byliśmy na wejściu do zatoki, w której mieliśmy kotwiczyć.

Wejście było wąskie, z głębokościami około 4 metrów. Szliśmy dosyć wolno, wiatr zaczynał się lekko wzmagać, mimo bliskości lądu, fala była dosyć duża. Wszystko względnie w porządku. Względnie.

Uderzenie o dno. Tępe, nieprzyjemne, niezbyt mocne, ale w momencie całkowicie zmieniające naszą sytuację. Zaraz potem kolejne, razem z falą. Siedzimy. Pierwsza próba zejścia nie przynosi efektu. Ciemna noc, kompas nie działa, GPS nie pokazuje kierunku, bo nie mamy prędkości, ciężko określić, w którą stronę próbować schodzić. Księżyc bardzo pomaga. Silnik na pełnej mocy. Centymetr po centymetrze z kolejnymi falami, posuwamy się naprzód. Zeszliśmy.

"Nekton", który szedł niedaleko przed nami, siedzi jeszcze mocniej. Słyszymy całą akcję przez radio. Wiele myśli, czy od razu po nich wracać, działać błyskawicznie. Czekać. Spokojnie, przemyśleć, co robić, nie narażać drugiego jachtu. Wiatr dosyć mocny, ale przechył z żagli nie pomaga, tylko wpędza jacht jeszcze głębiej na mieliznę. Takie sytuację nagle rozjaśniają umysł, otwierają oczy, podnoszą uwagę, która nie zawsze jest na właściwym poziomie.

I myśli, że jesteśmy tutaj zdani całkowicie na siebie to, o czym wiedzieliśmy, ale co dopiero w takich sytuacjach nabiera prawdziwego wymiaru. Wejście na mieliznę, bez możliwości pomocy większej jednostki, w takim miejscu, może oznaczać utratę jachtu. Aż trudno uwierzyć, ale w ciągu krótkiego momentu ta wizja staje się całkiem realna.

Pomysły. Zrzucić dingy, duży silnik, podać długie liny i ciągnąć całą mocą "Starego". Inna wersja, wywieść nasze zapasowe kotwice i na nich próbować wyciągać Nektona. Jak najmocniej pochylić jacht. Staliśmy kilkaset metrów od "Nektona" i słuchaliśmy przez radio co się dzieje, ale tak naprawdę w tym momencie nie wiele mogliśmy zrobić. Srogi zdecydował, że na razie mamy czekać z jakąkolwiek akcją. Czas. Już godzina, półtorej, może więcej.

Powracające myśli. Jak to nie wiele trzeba, by sytuacja momentalne stała się bardzo trudna. Że naprawdę jesteśmy tu zdani tylko i wyłącznie na siebie. I jedna dobra, bezpieczniej w dwa jachty. W końcu odzywa się UKF-ka, głos Srogiego: "Zeszliśmy".

Kilka wniosków

Jacek Wacławski

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: