Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

List Sławka Skalmierskiego



Z dozą niepewności jechałem do Kopenhagi, wioząc prawie 150 kg bagażu, w którym również był cały sprzęt do latania - paralotnia z napędem. Cały czas nękało mnie pytanie: zabiorą mnie z tym wszystkim, czy nie? Ile będę musiał dodatkowo zapłacić? Czy opróżniony zbiornik paliwa silnika paralotni będzie stanowił jakąś przeszkodę? Po przyjeździe, na godzinę przed odlotem samolotu wzięliśmy razem z Markiem, który mnie odwoził, aż cztery wózki. I tak to się wszystko zaczęło.

Po załadowaniu wszystkiego na wózki, wyglądaliśmy obłędnie i wzbudzaliśmy zainteresowanie. Pani w okienku obsługującym Air Greenland spytała ile osób leci z tym bagażem. Lekko się zdziwiła, jak powiedziałem, że tylko ja lecę. Musiałem troszkę dopłacić za nadbagaż, ale o dziwo, co do gabarytów nie było żadnych zastrzeżeń.

Problemy pojawiły się dopiero w Kangerlussuaq (już na Grenlandii), gdzie miałem przesiadkę na mały samolot. Usiadłem koło okna i widziałem, jak obsługa lotniska męczy się z załadowaniem wózka. Próbowali pod każdym kątem, w końcu rozładowali cześć bagaży i wszedł po przekątnej - jak należy.

Ilulissat, do którego dotarłem - to miasto i małe lotnisko, na którym czekali już Andrzej, Grzesio i Tomek. Jak zobaczyli mój bagaż, stwierdzili, że nie ma żadnych szans żeby się z tym władować do hostelu. Jacht miał przypłynąć dopiero za kilka dni. Pomyślałem - będzie potrzebny hangar. Tomek wpadł na pomysł żeby zagadać z gościem od hangaru, w którym była rozlewnia farb. Okazało się, że nie ma najmniejszego problemu i po godzinie dostaliśmy własny klucz do hali. Kamień spadł mi z serca i mogłem odespać ostatnie trzy noce. Po paru dniach miałem wszystko gotowe do lotów, teraz tylko miejsce na start.

Zacząłem się rozglądać za jakąś polanką, lecz nic nie znalazłem. Wszystko z daleka wydaje się OK, ale z bliska okazuje się, że wszędzie kamienie, skały lub budy z psami. Pomyślałem - albo starty z butów, albo lotnisko. Kludia pojechała na lotnisko i ku mojemu zdziwieniu załatwiła kartę umożliwiającą wjazd na pas startowy. Uwierzycie?

Warunek był jeden: latanie tylko po godzinie 19 jak ląduje ostatni samolot pasażerski. Pomyślałem - super, teraz tylko trzeba tam dojechać jakieś 5 km. O godz. 18 wskoczyłem na wózek i ruszyłem, niechcący zwiewając całe pranie spod hostelu, które tam się suszyło. Ludzie na ulicy zatrzymywali się patrząc, co to jedzie? Rozpędzałem się na prostych nawet do 80 km/ h.

Pech chciał, że na tych 5 km złapałem gumę. Co za dramat, pomyślałem, nici z latania z wózkiem, gdzie znajdę na Grenlandii takie koło lub oponę na wymiar z dętką? Załadowaliśmy wózek na pickupa i dojechaliśmy na lotnisko. Tam Dominik zauważył, że kółko się znajdzie, bo pasuje z wózka do przewożenia beczek. No i super, wózek znowu w pełni sił. Podjazd na pas startowy między samolotami pasażerskimi, pomyślałem - w Polsce akcja nie do zrobienia.

Staję na końcu pasa, szybciutko rozkładam skrzydło. Wiatru nie ma, więc wszystko jedno, w którą stronę startuję. Wpinam pasy, krótki check out i przepustnica na pełen gaz. Lekkie szarpnięcie czaszy, 10 m rozbiegu i jestem już w powietrzu. Wznoszenie 3,5 m/ s, czyli w normie, po chwili zza skał odsłania mi się cała Zatoka Disko z górami lodowymi - wspaniały widok.

Zrobiłem parę kółek nad lotniskiem i fiordem, w którym stał jacht na kotwicy. Wylądowałem, żeby wziąć Dominika, jak za czasów podstawówki, kiedy to razem lataliśmy na skrzydle mojego ojca (oczywiście bez jego wiedzy). Na rozbiegu uświadomiłem sobie, że nie ważymy już jak w podstawówce razem 120 kg. Rozbieg był długi, ale bez większych problemów wystartowaliśmy. Dwa kółka nad lotniskiem i stwierdziliśmy, że trzeba lecieć nad miasto i Ice Fiord.

Dominik robił zdjęcia, a ja pokazywałem mu jak zwrotna jest nowa paralotnia w porównaniu do tej, którą mieliśmy na poprzedniej wyprawie. Po 30 minutach zawróciliśmy, w drodze powrotnej przelatując nad zatoką, na końcu której znajduje się port. Natrafiliśmy na obszary bardzo turbulentne, zastanawiałem się czemu, skoro słońce było już nisko. Myślę, że było to spowodowane górami lodowymi. Nad lotniskiem miałem 300 m, wygasiłem silnik i lataliśmy sobie ślizgiem. Podczas podejścia do lądowania przelecieliśmy blisko wieży kontroli lotów, po czym minęliśmy dwa airbusy. Lądowanie gładkie, bez najmniejszych problemów.

Na dole czekał na mnie już Tomek Kozik z kamerą. Mieliśmy nakręcić coś niecoś z lotów nad Ice Fiordem. Podobny lot, jak z Dominikiem, paliwa zostało jeszcze na jakieś 15 min, więc wziąłem jeszcze Marcina Jamkowskiego na małe kółeczko nad lotniskiem. Wszyscy byli bardzo zadowoleni, a ja uświadomiłem sobie, że jest prawie godz. 4 w nocy - na szczęście latem jest tu prawie zawsze jasno, więc można latać cały czas, a w nocy pogoda jest nawet spokojniejsza.

Późnym wieczorem przedarliśmy się Starym przez wąskie wejście do Godhavn. Po rzuceniu cum, poszliśmy całą załogą sprawdzić, czy strzelba znaleziona przez Dominika, a odmłodzona przez załogę, strzela. Czekaliśmy na drugi Polski jacht - Nektona, który przypłyną nad ranem. Zadecydowaliśmy z załogą drugiego jachtu, że pójdziemy następnego dnia na lodowiec, żeby zobaczyć psie zaprzęgi. Wiedziałem, że różnica poziomów przy podejściu jest ponad 800 m - od razu to stwierdziłem, ponieważ wiatr był słaby, że nie ma co stamtąd wracać na piechotę - tylko trzeba zlecieć!

Zapytałem się załogi, kto wchodzi ze mną w plan. Jacek zgłosił się od razu i powiedział, że może nieść ze mną sprzęt do góry. Podzieliliśmy się sprzętem na pół i ruszyliśmy. Podejście strome no i te 20 kg na plecach. Na wysokości 450 m natrafiamy na mgłę. Powstaje pytanie: zostawić sprzęt i iść dalej, a zlot rozpocząć z połowy zbocza? Wspólnie z Jackiem zadecydowaliśmy, że idziemy dalej, może się rozchmurzy, a wysiłek wyjdzie nam tylko na zdrowie.

Po wyjściu na szczyt okazało się, że mgła się utrzymuje się tylko przy zboczu i to na wysokości jego połowy. Lot był realny i pojawili się kolejni chętni. Tomek powiedział, że chętnie by poleciał, żeby zrobić fajne ujęcia z powietrza. Jacek stwierdził, że wszystko dla filmu i że nie ma nic naprzeciw temu, żeby poleciał operator z kamerą. Po rozłożeniu sprzętu na kamienistym zboczu uświadomiłem sobie, że start będzie trudny, ponieważ jest płasko, a czym bardziej teren opada tym pojawiają się wyższe przeszkody w postaci głazów. Oszalałem widząc Tomka który zamierza lecieć z dużą profesjonalną kamerą, której nie było żadnych szans schować pod kurtkę. Zadecydowałem - weź tą mniejsza, bo jak spalimy start i się przy tym wywrócimy, to po kamerze. Tomek przed startem pytał się mnie, gdzie będziemy lądować. Odpowiedziałem mu: nie wiem, wybierzemy wspólnie z powietrza jakieś miejsce. Zero wiatru, a przed nami wspaniała zatoka Disko, pod nami chmury, czas na start!

Jesteśmy gotowi. Bieg, skrzydło leniwie wstaje, kamienie pod nogami stają się coraz większe. Pomyślałem - to jakiś obłęd, za szybko jak na start po takich kamieniach, a zbocze zaczyna się robić coraz bardziej strome. Przerwałem start. Po 10 min byliśmy ponownie gotowi. Tym razem zaciągnąłem trymery na maksa, żeby nam się nogi nie kończyły. Pomogło. Po przeskoczeniu przez głaz wielkości stołu, oderwaliśmy się w końcu od ziemi.

Po starcie zaczęła się bajka. Cichy ślizg nad chmurami, a przed nami morze z górami lodowymi. Po chwili byliśmy w chmurach, przez moment nic nie było widać, z trudnością widziałem czaszę paralotni. Wiedziałem, że przez tę minutę muszę lecieć prosto i wyjdę dokładnie nad zatokę. Zamieniłem dwa słowa przez radio i zobaczyłem jak otwiera się przed nami błękit Zatoki Godhavn, praktycznie wlatywaliśmy nad wodę. Szybka orientacja za jakimś lądowiskiem i jest - nad wybrzeżem widzę piękne boisko do piłki nożnej.

Mamy wysokość jakieś 550 m nad wodą. Tomek pyta, czy można by tak coś wywinąć. Pomyślałem - zwykłe standardowe dwie spirale wystarczą. Bardzo mu się podobało i dopytywał się, jakie przeciążenie mieliśmy przy wychodzeniu (a na to trudno odpowiedzieć). Powiedziałem - nie więcej, niż 3 G.

Lądujemy. Podejście gładkie, z prawego zakrętu pod wiatr dla jaj zacząłem celować w bramkę boiska i krzyczeć: strzelmy gola! A Tomek zaczął krzyczeć: tylko nie w bramkę! W rzeczywistości wylądowaliśmy na samym środku boiska, a nad bramką przeszliśmy jakieś dobre 3 m.

Wielki plan kręcenia jachtu między górami lodowymi w Ilulissat doczekał się realizacji. Pogoda dobra, więc ruszyliśmy z Tomkiem na lotnisko, a jacht popłynął w lód. Tak zaczęła się przygoda z lataniem na Grenlandii.

Sławek Skalmierski, 2006-08-27

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: