Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

List Tomka Szewczyka



Akurat przez te trzy dni, kiedy działy się wielkie rzeczy miałem kambuz, czyli dodatkową porcję roboty. Mając korzystny północny wiatr żeglowaliśmy szybko w kierunku Beringa. Pierwsza doba była wyjątkowo spokojna i wachty przy autopilocie mijały na czytaniu książek i oglądaniu filmów.

Że coś wsi w powietrzu zauważyliśmy, kiedy "Stary" pod samym grotem i na 1500 rpm osiągał prędkość dochodzącą do 11 węzłów. Udałem się spokojnie na spoczynek, a na pokład ruszyła ekipa zmienić żagle. Zazwyczaj zajmowałem się tym osobiście, biorąc kogoś do pomocy, ale w końcu kucharz ma też swoje prawa. Leżę w koi i słyszę szamotaninę na pokładzie - a to Jacek zrzucił grota, to fok wystartował likiem dolnym powyżej pierwszego salingu, bo stropik był przymocowany do innego żagla. Cyrk musiał być wspaniały, a na wiatromierzu podmuchy dochodziły już do 30 węzłów, czyli prawie 8B. Po chwili łomot staje się nie do zniesienia, zwlekam się z koi i idę zobaczyć, co się dzieje. Na wał steru, celem jego ochrony, ktoś założył butelkę i ścisnął ją cybantem. W zejściówce spotykam Sławka, który mówi mi, że poszły sterociągi, a siłownik autopilota wyrwał śrubę mocującą go do sektora - słowem masakra!

Trzeba uruchomić ster awaryjny. Sławek łomem i kawałkiem belki próbuje unieruchomić szalejący ster, bo grozi wyrwaniem całego skegu, który i tak już do mocnych nie należy. Kiedy wychodzimy na pokład adrenalina już robi swoje: wieje równo 35 węzłów i to na naszym optymistycznym wiatromierzu, umieszczonym metr nad pokładem, jeszcze nieco osłoniętym owiewką. W tym samym czasie na "Nektonie" zanotowali powiewy dochodzące do 55 węzłów, czyli 11B.

Fala szybciutko rosła, znakomicie ułatwiając pracę na pokładzie. Zaklinowałem się na rufie i zaczynam poszukiwania elementów steru awaryjnego w czeluściach achterpiku. Najpierw podaję Dominikowi, który krząta się w kokpicie, cumy, plandeki i inne drobiazgi, udeptuje je tam - będzie tego więcej. Do głębszych partii achterpiku blokuje dostępu kotwica pługowa, ok. 40kg nierdzewki, phi... co za problem..., następnie kijki narciarskie - to leci od razu za burtę, no i wymacałem kawał drąga. Niestety okazuje się on być kilofem. Jeszcze tylko łom i siekiera, i już mamy na wierzchu ster. Jedynym problemem, żeby go zamocować jest ilość sprzętu zgromadzona na pokładzie rufowym. Do pracy włącza się Sławek, który podaje cześć rzeczy z kokpitu do środka. No i jedziemy z tym. Na początek cebula, jajka, skrzynka 10 pasów ratunkowych, kawałek deski, wiosełko, linka, czosnek, osłona śmigła, plandeka, nadgryzione jabłko. Góra w kokpicie rośnie, a my dopiero dokopaliśmy się do wózka paralotniowego. Żeby z nim wyjechać muszę odpiąć jeden z pasów trzymających dwie beczki z paliwem, po 200 litrów każda, tak więc siedzę okrakiem i szarpię klamrę. Nie była ona ruszana od Grenlandii, a woda morska robi swoje, to miałem sporo czasu, żeby podziwiać morskie fale i docenić walory kombinezonu sztormowego wykonanego z poczwórnej membrany Thermoactive, przez znanego polskiego producenta sprzętu alpinistycznego. Przez przypadek chyba trafił mi się model dwuosobowy, ale spoko, następnym razem wejdę do niego w śpiworze, to nie będzie tak furgał na wietrze. Co do wodoodporności to jestem pod wrażeniem prędkości z jaką zespół membran pompuje wodę do środka. Instrukcja obsługi tego sprzętu jest grubsza niż "Materiałoznawstwo" Dobrzańskiego, więc może jak ją przestudiuję to się dowiem co zrobić żeby nie być mokrym od razu.

No, więc siedzę okrakiem na tej beczce, uwolnionej już z więzów. Hop!... i już wózek leży w kokpicie. Sławek z zadowoleniem stwierdza, że nawet całkiem nieźle, jeszcze tylko wyjmiemy spod niego Dominika i można montować ster. Ho!... Ho!.... ale się fala zrobiła w tym czasie. Z zaciekawieniem obserwujemy jak nasz ponton podwieszony na żurawikach za rufą, raz po raz jest wbijany głęboko pod wodę. Nagle niczym w książkach Kaszowskiego słychać ogłuszający syk. W świetle efektorów salingowych pojawia się biała góra wody pędząca niczym Intercity prosto na naszą rufę. Pomyślałem, że szkoda elektrowni wiatrowej, czterech anten, silników do pontonu i tej beczki, na której siedzę. Chłopaki też byli bardzo smutni. Sławek miał minę jak po obejrzeniu dramatu "Jedwabna opowieść" produkcji francuskiej, opowiadającego o hafciarkach. Wracając do fali to załamała się kilka metrów za rufą, rosząc nas jedynie delikatnymi kropelkami.

Na wał steru, celem go ochrony, ktoś założył butelkę i ścisnął ją cybantem. Dobre i to, kiedy pod ręką jest Sędzia- nasz monstrualny żółty śrubokręt. Nakładam jarzmo i rumpel i jest ster. Szkoda, że w tym czasie beczka się nieco rozszczelniła i wszystko pokrywa się cieniutką warstewką ropy za 1,47 dolara kanadyjskiego. Ale nie ma tego złego, dieselek powinien nieco zaimpregnować sztormiaczki. Dodzik zostaje za sterem a ja schodzę do mesy, czy raczej tego, co z niej zostało, i ta cebula w tym wszystkim się wala, i serki topione ze szczypiorkiem - w sumie to jeszcze sporo ich zostało. Do Point Hope mamy jeszcze 20 mil, więc sterowania starczy dla wszystkich. Szczęśliwy, że nic mnie nie minie układam się do snu. Oj, koja zamokła, prosiaczek na poduszce też jakiś wilgotny, nawet pachnie paliwem, ale okienka mają i swoje zalety, bo czasami wpada przez nie światło. W sumie spać się nie da, bo to tak jakby przybić materac do ściany, polać wodą i... niech jeszcze się to zmienia raz w sufit, raz w podłogę. Zacieram ręce, może z zadowolenia, bo zaraz idę sobie posterować, a może dla tego, że ostatnią godzinę na pokładzie spędziłem bez rękawiczek, a wiało prosto od niedalekiego bieguna. Jakoś nienaturalnie spuchły mi palce, ale jak już mówiłem godzinka z rumplem wszystko uleczy. Generalnie, jako kucharz to mam inne obowiązki, ale idę na górę w zastępstwie Agnieszki - jeszcze jej dębowy drąg połamie żebra i też będzie smutna. Ale nie jest źle, siedzi się miedzy beczkami, które udało się Kostkowi jakoś powiązać. Człowiek jest prawie osłonięty od wiatru, ropa impregnuje ubranko, mewy latają, a do cichej zatoczki jeszcze tylko 12 mil. Największe wrażenie robią fale: potrafią zabrać "Starego", przewieźć bokiem ze 30 metrów i położyć całkiem na burtę. Robi wrażenie. Zdaje mi się, że po prostu musimy spłacić dług, który zaciągnęliśmy nie spotykając lodu w Peel Sound i innych newralgicznych punktach Przejścia.

Postaliśmy półtorej doby w Point Hope. Zrobiliśmy porządek, jakiego nie było na jachcie od Szczecina. Mamy na dziobie kliwra, a na grocie dwa refy i płyniemy dalej do Nome. Niestety trzeba było pożegnać się już z załogą "Nektona". Gerard bardzo spieszył się do pracy, więc zdecydowali się płynąć bezpośrednio do Vancouver, z krótkim tylko postojem w Dutch Harbour. Bardzo było miło poznać tych przesympatycznych ludzi... i tak ich zaraz dogonimy.

Tomek Szewczyk, 2006-09-18

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: