Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

Relacja Sławka Skalmierskiego



Obrażeni i z niesmakiem ruszyliśmy na południowy zachód wiedząc, że przed nami minimum 4 dni żeglugi bez cywilizacji, i co gorsza, z absolutnym zakazem schodzenia na ląd. Do tego Kazik melduje z Nektona, że sztorm idzie z południa i lepiej się gdzieś schować.

Postanowiliśmy stanąć na kotwicy w zatoce Peard Bay (70°50N, 159°00W). Dystans w granicach 30 mil. Piękna jazda na żaglach - 7 węzłów - wreszcie cicha fala, praktycznie nie istniała, ponieważ wiatr wiał od lądu. Pełen relaks. Już powoli zaczęliśmy zapominać o nieprzyjemnym dramacie, który nas spotkał w Barrow. Zapadł zmrok, kiedy zostały nam jeszcze 3 mile: rozkołys się zwiększył, fala miała około metra, bo oddaliśmy się od lądu.

Już od dwóch godzin wiedziałem, że podejście będzie ciężkie, ponieważ zatoka była oddzielona wieloma małymi wysepkami i tylko pomiędzy dwoma ostatnimi było bardzo wąskie wejście. Na mapie widniało 4,5 m w najpłytszym miejscu. Po poprzednich lądowaniach kilem w mule wiedziałem, że to co jest napisane w danym miejscu, a rzeczywista głębokość, to dwie różne sprawy. Zrzuciliśmy żagle - wiatr w granicach 5B w bagszatgu, wiec dopychający. Jeszcze w ostatnim momencie kazałem dolać oleju do przekładni, żeby silnik nie zawiódł. Wchodzimy. Idziemy pierwsi. Na mapie pokazane 6 m, a sonda pokazuje 3 m, czyli rzeczywiste 4,5 m, bo przy 0,5 m jacht staje - to już wiem z poprzednich mielizn. Głębokość spada do 2 m - każę Kostkowi zwolnić do dwóch węzłów - wolniej się nie da, bo jacht traci sterowność na fali. Nekton nas wyprzedza idąc około trzech węzłów. Melduje im przez radio, że boje się iść tak szybko na pierwszego i niech idą przodem. Zgodzili się i poszli jakieś 30 m przed nami.

Mielizna
Po chwili orientuję się, że mamy pod kilem zaledwie 1 m, a po bokach wejścia jest jeszcze płyciej - skręcając w prawo i lewo, głębokość szybko malała tak, jak na mapie tylko o trzy metry płycej. Wiatr i fala przy tak małej prędkości cały czas próbowały nas zepchnąć na mieliznę, która znajdowała się na zawietrznej. Miałem ochotę już się stamtąd wycofywać, ale widzę, że Nekton idzie dalej trzymając swoje trzy węzły na podejściu. Zawsze wierzyłem w Kazia "waypointy", ale tym razem zacząłem się obawiać, że może oni jeszcze nie stali na kilu w miejscu gdzie mapa pokazuje 5m.

Jadę dalej - na sondzie 1,1 m, czyli 0,6 m pod kilem, a fala ma około 80 cm, czyli już praktycznie stoimy. Na silnik komenda luz, jedziemy rozpędem. Spoglądam w prawo i w lewo. Wiem, że po prawej jest tu zaraz gdzieś wyspa. Widać tylko księżyc i przed nami Nektona. Pomyślałem, że dystans się zwiększył do przynajmniej 80 m między nami. Jeszcze troszkę do przodu, bo przecież oni jadą przed nami. Cały czas martwi mnie ten wiatr i fala w tyłek, i ta wyspa. Przed nami sonda pokazuje 0,9 m. Lekko wstecz i za późno - jacht spada z fali i czujemy uderzenie. Próbuje dodać gazu, żeby odwrócić jacht pod wiatr. Nie chce przejść linii wiatru - no to wsteczny i tyłem pod wiatr. Zaczynam zacieśniać zgodnie ze wskazówkami zegara, za każdą falą czując uderzenie w dno. Wszyscy już są na nogach. Pomyślałem - Boże, żeby tylko ten jacht obrócić na kurs przeciwległy i spieprzać czym prędzej...

GPS przestał pokazywać kierunek, bo prędkość nasza przy obrocie spadła prawie do zera, a kompas już nie działa od czterech tygodni - jesteśmy za blisko bieguna magnetycznego. Na szczęście, razem z Kostkiem pamiętamy jak był księżyc względem jachtu. Stary rusza powoli do przodu, co trzy sekundy uderzając o dno. Obróciłem się, żeby zobaczyć co z Nektonem. Widziałem, że też siedli. Po chwili sonda zaczęła pokazywać 1,5 m, później 1,8 m i przestaliśmy uderzać w dno.

Spojrzałem za siebie i zobaczyłem walkę. Stojący w przechyle 30 stopni Nekton próbował pogłębić przechył żaglami. Widok ten uświadomił mi, że jeśli jacht jest tak mocno pochylony i nie umie ruszyć, to wody musi być tam po kolana. Spojrzałem na echosondę - 2,4 m kotwica dół - przecież nie zostawimy naszych przyjaciół w takich opałach. Pytam przez radio co u nich - potwierdzają poważne problemy, po odpowiedzi było słychać rozkaz: "jak największy przechyl i pełna naprzód za nimi". Zrozumiałem, że sytuacja jest nerwowa i lepiej nie zawracać im teraz głowy. Jak będą potrzebowali pomocy, to sami o nią poproszą. Jednocześnie zastanawiałem się, jak możemy im pomoc. Szybki rzut oka na radar - Nekton jest w odległości 0,4 mili, więc jakieś 700 m. Można by próbować delikatnie zmniejszyć dystans o połowę, ale ani metra mniej, czyli pozostaje jakieś 350 do 300 m. To i tak bardzo dużo. Nawet, jak by udało nam się połączyć wszystkie liny, to dystans ten był nieosiągalny. Linę trzeba im jakoś podrzucić. Zastanawiam się, który ponton. Duży jest kompletnie bez powietrza zaształowany, więc potrzeba przynajmniej 20 min, żeby go przygotować. Wybór pada na mały z dużym, czterosuwowym silnikiem, żeby był niezawodny.

Na wstępie chciałem zawieźć im dwie kotwice i 100 m liny, żeby próbować jacht ściągnąć za fał z masztu. Jest to dość skuteczna metoda. Każdy z nas czuje, że jeśli kolejna fala ich wbija w głąb brzegu, to sytuacja z minuty na minutę staje się coraz poważniejsza. Pytam się, czy jechać do nich z kotwicami - odpowiedz negatywna. Czekamy dalej. Słychać ledwo co dobiegający ryk silnika pracującego na pełnych obrotach. Mijała już dobra godzina, jak stoimy na kotwicy - siwe włosy wszystkim rosną. Co robić? Pytamy się ponownie o sytuację. Odpowiada Bosy, że coś się ruszyli do przodu, czyli lepiej. Zszedłem do nawigacyjnej i ruchu tego nie widać na radarze. Czekamy następne pół godziny. Zacząłem przelewać paliwo do zbiornika silnika zaburtowego. Usłyszałem głośny okrzyk radości świadczący o tym, że Nekton ruszył. Po przeszło dwóch godzinach walki udało się - obydwa jachty znajdują się na głębokiej wodzie. Teraz tylko znaleźć jakieś miejsce do stanięcia na kotwicy.

Tak też zrobiliśmy - stanęliśmy przy zawietrznym brzegu i czekaliśmy dwa dni, aż przejdzie sztorm.

Sztorm
Ruszyliśmy z kotwicy, jakby nigdy nic. Pomyślałem, jak zawsze cisza. W końcu dwa dni czekaliśmy na ciszę. Prognozy - spokój i sielanka przez najbliższe dni. Po całym dniu jazdy na silniku nadszedł wieczór. Zaczęło wiać jak kładłem się spać i czułem, że pomykamy już całkiem szybko z wiatrem w kierunku południowym. Podniosłem się jeszcze z koi, bo czuło się, że wiatr odkręca z połówki na pełny. Założyliśmy kontrę, nie pamiętam z kim, chyba z Kostkiem. Wróciłem do koi, położyłem się.

Po godzinie obudziła mnie ostra rufa i zatrzymana w połowie kontra. No nic, trzeba wstać chyba za dużo żagli niesiemy. Alarm na autopilocie wył, a jacht stał w dryfie bocznym - dziwna figura, którą pierwszy raz widziałem - ster skręcony prawo na burt, żagiel trzymany przez kontrę równo z pokładem. Pomimo prędkości 3,2 węzła jacht nie umiał przejść linii wiatru. Ubieraliśmy się w pośpiechu, żeby zrzucić żagiel. Ok, jesteśmy gotowi - poszedłem do steru. Autopilot "standby". Kostek z Jackiem stoją już przy maszcie. Do wiatru łopot żagla jak blachy uderzającej nad głową, a wieje dopiero 26 węzłów, grot dół. Silnik naprzód obrót z wiatrem i gaz, klar żagli i nagle czuję, że jacht nie słucha się steru. Stary skręcił w prawo mocząc przy tym Jacka z Kostkiem. Słyszę jak lecą plugastwa w moja stronę: "k...., trzymaj synku ten ster, bo nam d... moczysz". Chwila minęła zanim zrozumieli, że nie ma steru. Szybka komenda: "autopilot navy wind 180 stopni do wiatru i auto". Poszło. Jacht obrócił się tyłem do wiatru i wszystko się uspokoiło. Grot sklarowany, teraz postawić trzeba foka, znowu na auto i 0 stopni do wiatru. Fok góra i leci do góry bez dołu przymocowanego. Zatrzymał się na wysokości pierwszego salingu, na szocie, który nie był obwinięty o kabestan. Dół poszedł gładko, i lekka poprawka, i góra tym razem już dobrze. OK, jedziemy dalej. Zszedłem na dół i zacząłem się zastanawiać z Dominikiem, gdzie można stanąć przy tym wietrze, żeby naprawić usterkę. Przylądek Hope (66°38N, 166°44W) był dobrą opcją. Dystans, jaki nas dzielił - to 31 mil, więc jeszcze kawałek. Boże, żeby się tylko nie rozwiało...

Jechaliśmy wiatrem odchylonym 30 stopni od rufy. Był to dobry wynik. Cały czas się zastanawiałem, jak ten autopilot daje sobie radę, ale jechał gładko. W mesie się wyczyściło, wszyscy poszli spać i zostałem sam z elektroniką i nawigacją. Była godz. 00:30 jak wiatr zaczął się wzmagać - dochodziliśmy do 11 węzłów zjeżdżając z fal. Autopilot trzymał kurs bezbłędnie. O godz. 02:30 nasz dystans zmniejszył się do 14 mil. Jeszcze pół godziny, zwrot i następne półtorej godziny i jesteśmy w domu. Lecz teraz jeździliśmy już notorycznie 13 węzłów z fali i co jakiś czas wskakiwał alarm, który wył dbając o stan mojej psychiki. Pobór prądu przez siłownik hydrauliczny dochodził przy zjedzie z fali do 10 A, ale jechał i trzymał kierunek. Wiało pełne 30. Wiedziałem, że stalówki i żagiel wytrzymają, bo kiedyś na Hornie też jechaliśmy tak po bandzie. Różnica była taka, że mieliśmy wtedy ster. Co chwilę, przy przekraczaniu prędkości 10, dochodził mnie przeraźliwy ryk węzłów osłony na śrubę, która działała jak turbina w elektrowni. Przy 12 śruba nie była w stanie prędkością obrotowa przepchać tak dużej ilości wody i tworzył się klin, który wprowadzał cały jacht w straszne wibracje. Spoko, jeszcze tylko 4 mile i zwrot. Później z prostej za cypel i będzie dobrze. Wstał Dominik. Cały czas się zastanawiałem, co się może zepsuć w tym całym złożonym urządzeniu i stwierdziłem, że nic. Pompa hydrauliczna, jak nie będzie dawała rady to wywali bezpiecznik. Siłownik nie takie siły wytrzyma, czyli powinniśmy dojechać. Olinowanie stałe jest tak mocne, że nieraz na innych jednostkach modliłem się żeby mieć tak solidne. Wiatr dochodził już do 36 węzłów. Alarm w autopilocie włączał się coraz częściej. Zaraz zwrot, jeszcze moment. I... wywaliło bezpiecznik!

Jacht skręcił gwałtownie w lewo, czekałem na rufę jak skazaniec na ścięcie głowy. Lekko zaciśnięte oczy, w głowie pustka. Widzę Dominika z taką samą miną bez słów. Patrzymy na siebie. I potężny strzał, jak z bata przelatuje przez cały jacht. Strzał był tak mocny, że wystrzeliło wszystkie gumy usztywniające maszt przechodzący przez pokład. Stół zaczął się lekko bujać razem z masztem. Żagiel wytrzymał. Szykowała się następna rufa, bo działający na wsteczu fok pchał dziób w prawo. Wcisnąłem bezpiecznik - włączył się wyświetlacz autopilota. Za wszelka cenę chciałem uchronić jacht przed następną rufą i stanąć w dryfie z fokiem na wiatr. Włączyłem sterowanie ręczne i widzę, że siłownik działa, a ster się buja z prawej na lewo bezwładnie.

I znowu strzał. Tym razem lżejszy. Jacht ruszył gwałtownie do przodu, zaczął ostrzyć przy wietrze 60 stopni od dziobu i w półłopocie płynął stabilnie z prędkością 7 węzłów. Ubieramy się. Trzeba zrzucić żagiel, cały czas się zastanawiałem, czy foczek zrobi nam rzeźnię. Byłem pewien, że zrobi - pytanie jak wielką. Najpierw wybraliśmy go na blachę. Jacht jeszcze podostrzył i w dół. Stary przechylał się potwornie i bezwładnie w ostrym półwietrze, co chwilę przelewał wodę górą.

W pewnym momencie stoję do pasa w wodzie i widzę, że zaraz zabierze nasz zbiornik paliwa do silnika zaburtowego, bo zerwało go z taśmy. Uratowany. Jesteśmy na topie fali, wysoko, a zresztą mało co widać, i na dół i znowu po pas w wodzie. OK - żagiel sklarowany. Trzeba szukać rumpla, który jest w achterpiku. Pomyślałem, żeby włączyć silnik i przy oświetleniu salingowym nie obciążać zbytnio akumulatorów. Przekręcam kluczyk i słyszę yyy... nawet pół obrotu nie zrobił. No pięknie, woda się przelała przez syfon i dostała się do jednego z cylindrów blokując go przy zamkniętym zaworze. Nowy silnik. Przewalone, nic mi nie pozostało - uśmiechnąłem się. Powtarzając próby rozruchu, za 20-tym razem silnik się obrócił. OK - teraz pójdzie. I słychać, jak się zaczyna rozpędzać najpierw powoli. Słychać, jak zaczyna łapać jeden cylinder, później drugi i silnik nabiera obrotów, lecz cały czas musi być podtrzymywany na rozruszniku. Wszedł trzeci cylinder, puściłem rozrusznik, jeszcze chwila i mamy cztery. Tyle dobrze. Wpadam na rufę, po drodze budzę Tomka, który tego dnia miał kambuz i proszę żeby się ubrał. Wpadam na rufę i otwieram pokrywę z bakisty. No pięknie, sterociąg urwany - to nic nowego, a siłownik hydrauliczny się po prostu odkręcił od wachlarza. Nie ma szans by go przykręcić, bo przez fale ster bezwładnie tak się rusza w prawo i w lewo, że niemożliwe jest, aby trafić śrubą w dziurę.

Już po chwili wiem, że nie jest dobrze, bo cały ster z takim impetem się obraca, że uderza o element konstrukcyjny poprzecznego wzmocnienia. Boże, jak wachlarz wyrwie tą belkę, to nie dość, że stracimy ster, to jeszcze zaczniemy tonąć. Na górze walka z odsztalowywaniem całego sundacku - bagatela, mamy na nim "samolot", cebulę, dwie beczki paliwa, deskę, itp. Wróciłem na rufę, żeby jakoś zablokować ten ster. Wrzuciłem belkę drewnianą, która zmniejszyła promień obrotu, a jednocześnie zmniejszyła energię kinetyczną obracającego się wachlarza. Po chwili, Jacek przeplótł krawat przez szamoczący się wachlarz, który przywiązaliśmy do stołu. Stół zaczął również tańczyć. Mamy teraz dwa tańczące stoły na jachcie - jeden w mesie, którego wprawia w ruch maszt i drugi na rufie, wprawiany w taniec przez ster.

Pobiegłem, żeby pomóc chłopakom z rzeczami na sundacku. Masakra. Fale mają po 10 m, na wiatromierzu ponad 45 węzłów. Widzę, jak rozsztalowują się wszystkie rzeczy w bardzo ciężkich warunkach. Dominik położył się i podał mi nasz mini-samolot. Położyliśmy to koło wyjścia, potem wrzucam po kolei rożne rzeczy do środka. Góra w środku rośnie. Jest ster. Siedzi jeszcze klucz 17 i duży śrubowkręt. Poszło. Odzyskaliśmy sterowność, gaz do dechy, żeby uratować jacht przed nadchodzącą potężną fala. Widzę Tomka stojącego za rumplem i za nim olbrzyma załamującego się na ostatnich dwóch metrach. Skąd się coś takiego tu wzięło, przecież to jest zatoka, a takie fale to widywałem na południowym Pacyfiku. Stary obrócił się na szczęście tyłem i nie dał się tak łatwo wyprzedzić, co spowodowało łagodne uniesienie jachtu o jakieś 10 m do góry. Następna fala władowała się z potężnym impetem z prawej burty przelewając się górą i wchodząc nawet do środka jachtu przez otwory wentylacyjne. Dominik z Tomkiem zeszli na dół. Został Kostek przy sterze.

Jedziemy na silniku 1700 obrotów. Prędkość 3,5 węzła. Zastanawiałem się, czy nie postawić jakiegoś małego żagla na dziobie, lecz przypuszczam, że trudno działający rumpel nie umożliwiałby żeglugi w tych ciężkich warunkach. Zszedłem na dół i zerknąłem na C-Map - jeszcze 17 mil, bo przez tą całą akcję zdryfowało nas ładny kawałek. I słyszę potężne uderzenie - jacht wali się na burtę, jak kręgiel wywracany przez bile. Szybko wstaję, sprawdzam, co u Kostka. Na pytanie czy OK odpowiada "szybko pomóż mi, bo mnie tu zabije!".

W pierwszym momencie nie wiedziałem, co jest grane i co go ma zabić. Już po momencie uświadomiłem sobie, że beczka się zerwała i Konstanty rozpoczął wyborny taniec z bardzo ciężką partnerką. Wyskoczyłem ze środka w mgnieniu oka. Beczka trzymała się na jednej taśmie, druga była zerwana. Pamiętam, jak na Biskajach wracając przez Atlantyk zerwała się taśma i zabrało nam 100 litrów paliwa. Tym razem 200 litrowa pani tańcowała na jednej taśmie jak oszalała. Chciałem ją już zwodować, nie widziałem szans na powtórne zaształowanie. Nagle zobaczyłem linę, obwinąłem beczkę dwa razy i przymocowałem do relingu na sztywno. Udało się, teraz beczka leżała twardo w jednym miejscu.

Zostało jeszcze 14 mil. Budzę Jacka, żeby zmienił Kostka. Jestem tak zmęczony, że chce tylko się gdzieś położyć na chwilkę. Dochodzi godzina 10. Za nami cała noc walki. Gadam z Nektonem przez radio. Mówią, że w podmuchach mieli 55 węzłów, czyli 10B do 11B. Ich wiatromierz zawsze więcej pokazuje niż nasz zamontowany na pokładzie. Jacek wyszedł, Kostek poszedł spać. Położyłem się na moment. Słyszę, że nie będzie tak łatwo odpocząć - to nasza przekładnia woła, że jest spragniona oleju. Też jej się teraz zebrało na suchoty. Wstaję. Przelewanie na ziemi oleju z beczki do butelki litrowej używając lejka kuchennego. Nie będę tego opisywał, bo się denerwuję przypominając sobie tę akcję. Zalałem przekładnie i poszedłem spać.

Obudziłem się 2 mile przed przylądkiem. Woda miała kompletnie brunatny kolor. Widać było załamujące się fale i wymywające brzeg. Jeszcze mila i jesteśmy schowani. Wiatr wieje cały czas tak samo. Udało się - teraz jeszcze trzy mile, kotwica i spanie. Zaparkowaliśmy burtą do Nektona.

Nie będę tu pisał, ile błędów zostało popełnionych. Wiem jedno - za nieprzygotowane żagle sztormowe i niezlaną beczkę paliwa mam pretensję sam do siebie. Prawda jest taka, że bezwietrzna żegluga z Grenlandii uśpiła naszą czujność. Jacht nie był ształowany przez miesiąc i wszystkie słabe punkty powychodziły przy tym sztormie. Prognozy pogodowe są nic nie warte - mapa baryczna, którą przeglądałem dzień przed nocą wrażeń nie pokazywała żadnego nadchodzącego niżu.

Zawiodły dwa systemy sterowania. Śruba z autopilota musiała się odkręcić w momencie, gdy się zerwał sterociąg. Zazwyczaj na morzu rzeczy psują się lawinowo. Dużo pecha i głupoty, a zarazem nauki na przyszłość. Przede wszystkim, jeśli chodzi o ształowanie tak ogromnej ilości rzeczy, którą posiadamy na jachcie. Mam nadzieję, że następny sztorm będziemy przechodzić w lepszej kondycji psychicznej.

Doprowadzenie jachtu do stanu używalności zabrało nam cały następny dzien. Śrubę z autopilota przewierciłem na końcu i dałem zawleczkę taką, jaką stosuje się w lotnictwie, więc teraz już się nie odkręci. Jacht został przeształowany - wózek został rozebrany i schowany do komory za silnikiem. Na pierwszy front weszły dwa kliwry: duży i mały. Pogiętą "tancerkę" opróżniliśmy i pozbyliśmy się jej. Jedyne, co budzi moje zastrzeżenia jest ponton, z którym za bardzo nie ma co zrobić, a widziałem go parę razy głęboko pod wodą podczas tamtego sztormu. Na pewno wyjdzie jeszcze trochę rzeczy "w praniu", byle nigdy więcej tak brutalnie...

Sławek Skalmierski, 2006-09-19

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: