Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

Relacja Tomka Szewczyka



250 mil na południe od Nome leży niewielka wyspa Nunivak, na której postanowiliśmy szukać schronienia przed nadchodzącym sztormem. Zakotwiczyliśmy w zacisznej zatoczce, na brzegu widać było nawet niewielkie zabudowania, ale żywego ducha w ich pobliżu.

Tym razem dałem się przekonać i zapinamy ze Sławkiem Yamahę 15 KM do naszego mniejszego pontonu WATS PRO 240 i mamy stosunek masy do mocy niemal 1:1... Wiatr na razie dopychający, spokojna "czwóreczka", ale przybój wydaje się być całkiem spory, szczególnie w miejscu gdzie do morza wpada mała rzeczka. Wskakujemy ze Skalmą w małachy i ruszamy na przeszpiegi. Pontonik idzie jak przecinak, zbliżamy się do przyboju, fale mają spokojnie 1,5 metra, prędkość narasta, pierwsze uderzenie silnika o dno, wyłączamy i w wodzie po pas ciągniemy ponton na plażę.

Obóz, w którym wylądowaliśmy składa się z kilku namiotów gospodarczych i dwóch saun. Wygląda na przygotowany do zimy, ale będzie niezłym miejscem na przeczekanie kolejnego sztormu. Od dawna obiecywałem sobie polowanie na kaczki, a to miejsce wydaje się być do tego stworzone. Ciągniemy dalej ponton w górę strumienia, aż do małego jeziorka, gdzie da się już płynąc na silniku. Płynąc szybko w górę strumienia mijamy stada ptactwa, a nieuregulowane brzegi wydają się być zamieszkane przez bobry, czy też inne wydry.

Wracamy na jacht, gdzie już pewnie się niecierpliwią. Będzie trzeba zrobić kilka kursów pomiędzy jachtem a brzegiem, bo na raz mogą jechać tylko trzy osoby albo jedna i trochę sprzętu. Sławek kieruje przygotowaniami na jachcie, a ja zabieram Arlo (jachtostopowicz, który płynie z Nome - red.) z siekierą i plecakiem. To jego pierwszy przejazd pontonem w takich warunkach. Nie zamierzam ryzykować uszkodzenia śruby, więc na linii przyboju mówię: - Jump Arlo, jump!!!... i ten cień zwątpienia w jego oczach. Wyskoczył i o dziwo stoi w wodzie po pas, zaczyna brnąć w stronę brzegu w momencie kiedy czuję, że fala zaczyna zabierać mi tył pontonu. Daję całą wstecz, kilka bryzgów i już jestem na głębokiej wodzie. Arlo, kiedy zobaczył tą falę próbował wdrapać się z powrotem na ponton, ale nie zdążył... zabrała go aż na suchy piasek: - I co się dziadu sakramencki dres, kieś jus na brzegu!? Macham ręką i wracam na jacht po resztę, w każdym razie po godzinie wszyscy jesteśmy już na wyspie.

Arlo rozpala w saunie, nie dziwię mu się, Dodzik z Jackiem idą na jagody, których rośnie tu wszędzie cała masa, różnorodnych gatunków, ale ponoć wszystkie jadalne. Zarzucam Bajkala na ramię i ruszam dziarsko w górę rzeki w poszukiwaniu czarnych kaczek. Już wiem jak musiał czuć się Jack London, kiedy ruszał na Białe Kły. Na brzegu wszędzie sporo powyrzucanych ryb, które zdechły po złożeniu ikry, a teraz są doskonałym pożywieniem dla bobrów i kto wie, może też niedźwiedzi. Dla pewności raz po raz rozglądam się po pobliskich wzgórzach porośniętych jedynie niskimi jagodami. Szczęśliwie wszelka zwierzyna zdaje się mnie unikać, idę jeszcze chwilkę, próżny trud. Wypalam w powietrze jednego Federal 70, mewy patrzą na mnie jakby z wyrzutem, chociaż żadna nawet się nie poderwała. Przy otwieraniu strzelby okazuje się, że łuska zablokowała się w lufie, więc spokojnie wracam do obozowiska poszukać jakiegoś pręta, żeby to wydłubać. I tak zaraz będzie ciemno. A w obozie szykuje się znakomita kolacyjka, polska kiełbasa na ognisko, hamburgerki, chlebek, a później hop do sauny. Zadziwia mnie ona prostotą swojej konstrukcji. Domek 3x4 m zbudowany ze sklejki wodoodpornej, bez izolacji. W środku stoi spory piec obłożony kamieniami i dwie ławeczki. Dodatkowo przynosimy z Dominikiem wielka michę lodowatej wody ze strumienia. Wygrzewając się w środku nie mieliśmy jeszcze pojęcia co nas czeka następnej nocy. Lecz nie uprzedzajmy faktów...

Śpiwory rozłożyliśmy w jednym z namiotów na łóżkach polowych. Koszmar rozpoczął się kilka godzin później. Na dworze trawę pokrył szron, tak więc w namiocie nie było wiele cieplej. Przebudziłem się czując mroźny powiew na lędźwiach, paskudne uczucie, a od dołu ciągnie niemiłosiernie. Sprasowany śpiwór puchowy nie daje żadnej izolacji. Myśl, że nie cierpię tu sam nie przynosi ukojenia. Ubieram polarek, który służył za poduszkę, czapka na głowę i nic... w nerki wbijają się miliony lodowych szpilek, a na dodatek teraz głowa mi wisi, bo łóżko polowe zrobili na 150 cm. Zasypiam na chwilę niespokojnym snem, kiedy nagle rozlega się strzał, odpowiada mu echo i znowu nastaje cisza. Jak przez mgłę widzę drzazgi sypiące się z drugiej sauny, kiedy Velocity 16 na drób drobny z impetem uderza w ścianę. Strzelba kopie w ramię, ostry zapach prochu... tylko czemu mi w tym śpiworze tak zimno!

Wstaję około 11:00, Agnieszka krząta się w namiocie kuchennym, Arlo rozpala w saunie, po raz kolejny mu się nie dziwię, a Skalma ruszył na kaczki. Generalnie dzień mija na błogim nieróbstwie, ale wszyscy są niespokojni. Trzeba płynąć, zima idzie, tęskno za domem.

Z zaciekawieniem oglądam dziurę w ścianie sauny, zupełnie jakby ktoś strzelał... hmm, ta zagadka raczej nie znajdzie rozwiązania. No no, ten Arlo to zacięty chłopak, powiedział, że ustrzeli kaczkę i teraz wraca z całkiem okazałą sztuką. Musiał brodzić znowu w wodzie po pas, żeby się do niej dostać, ale przynajmniej podtrzyma ogień w piecu. Rutynowe ruchy, patroszenie, pieczenie i już mamy kolacyjkę, schabowe, kaczka, wszystko pieczone na ognisku, w czajniczku kipi herbata. Zupełnie jak w powieściach Karola Maya.

Siedzę przy ognisku i zastanawiam się, kto już siedzi w saunie i to jeszcze rozpalił tam chyba wszystkie świeczki, jakie mamy. Wchodzę do środka, otwieram drzwi a tam.... dym, tak więc mamy piękny pożar. Zajęło się drewno koło pieca. Z początku zasmuciliśmy się bardzo, nawet gaśnice były o dziwo pod ręką, ale jak wjedziemy tam z proszkiem to i tak będzie już nie do użycia. Na zmianę wchodzimy w dym i wynosimy płonące bierwiona. Metoda skuteczna, jeszcze tylko wywietrzymy i można wchodzić. Dzisiaj grzejemy konkretnie, w środku istne piekło, a tu jeszcze cały gar wody czeka na wlanie w kamienie. Jacek z Agnieszką szybciutko wymiękli, siedzimy więc w środku i polewamy wodą. Oj, nie da się oddychać, Sławek wygląda, jakby ktoś go za głowę wciskał w podłogę, ale jeszcze jęczy żeby lać więcej. Ja tam się nie znam, ale tak właśnie ma być w saunie, tak właśnie ma wyglądać przeczekiwanie sztormu, ale płyńmy już!

Tomek Szewczyk, 2006-10-01

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: