Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

Relacja Krzyśka Bonczara



„Po dwóch nocach spędzonych u Krzysztofa Kołyszko z Polskiego Jacht Klubu San Francisco w końcu wyruszyliśmy z innymi członkami tego klubu na powitanie Starego. W niedzielę 3 grudnia około 8 rano przyjechał po mnie Marek Żywno i po godzince jazdy białym leksusem dotarliśmy do mariny w Berkley, gdzie czekało na nas jego dwóch znajomych. Swoją drogą to niewielu z was zapewne pamięta, że najbardziej znany archeolog świata - Indiana Jones - rozpoczynał tam każdą swoją wielką przygodę. Mieszkał tam i pracował.

Po szybkim sklarowaniu jachtu wypłynęliśmy na spotkanie. Po około godzinnej żegludze (początkowo na żaglach, lecz potem wiatr ucichł i następnie płynęliśmy na samym silniku) doszliśmy do Starego. Jacht w pełnej swej krasie z flagami sponsorów na tle Golden Gate. Widok niesamowity! Przy burcie stał drugi polski jacht, a lokalna polonia zdążyła się już zadomowić na Starym. Po chwili byłem tam i ja. Serdeczne przywitanie ze strony załogi i też się tam zadomowiłem. Po jakimś czasie razem z innymi jachtami udaliśmy się na Angel Island, gdzie zjedliśmy smakowite iście amerykańskie sandwiche. Mnóstwo szynki, sera, warzyw, różnorakie sosy. Istne niebo w gębie! Po szybkiej wymianie smsów z Tatą udało mu się zlokalizować wyspę, na której byliśmy. Przeczytałem następnie sms, w którym zawarty był krótki opis miejsca, które widzi poprzez kamerkę internetową. Ku wielkiemu zaskoczeniu obu stron znalazł on kamerkę skierowaną w kierunku naszego jachtu. Po chwili razem z załogą znaleźliśmy się na polanie, gdzie byliśmy widoczni w pełnej okazałości. Najbardziej rozradowany był oczywiście Ojciec, gdyż siedząc przed komputerem w Gliwicach był w stanie widzieć, co robi jego syn po drogiej stronie globu.

Gdy najedliśmy się do syta i zrobiliśmy serię pamiątkowych zdjęć, popłynęliśmy do Richmond Brickyard Cove Marina, gdzie na pomoście czekało na nas około 20 osób. Po szybkim sklarowaniu cum i odbijaczy zaczęła się kolejna część przywitania. Dodzik ze Sławkiem udzielili wywiadu lokalnemu magazynowi żeglarskiemu, a cała reszta gości chodziła po jachcie i pytała o każdy jego szczegół.

Po nieoficjalnej części zostaliśmy zaproszeni na tą oficjalną do sporej salki w budynkach jacht klubu. Tam czekał na nas dobrze zaopatrzony gastro-kącik. Kurczaczki, sałatki, kanapeczki, inne różności. Ludzie sami do nas podchodzili, pytali co i jak. Nawet ja, świeżo upieczony załogant, dostałem parę wizytówek bym dał znać jak będę w okolicy San Francisco następnym razem. Bardzo miły i życzliwy gest od lokalnej polonii, dla której sam fakt przypłynięcia polskiego jachtu jest czymś niesamowitym. Tak niezwykłym, że następnego dnia (poniedziałek 4 grudnia) przyszedł do nas Krzysztof Owczarek i po namowie z władzami polskiego jacht klubu zaoferowali nam wypożyczenie samochodu na ich koszt na tydzień. Jak mówi stare dobre przysłowie: "Gdy dają to bierz, gdy biją - uciekaj", z radością przyjęliśmy oferowaną pomoc. We wtorek zapakowani po brzegi wsiedliśmy do Chryslera Voyagerra i rozpoczęliśmy trip po Californi oraz Nevadzie. Wcześniej jednak złamany został mit ameryki jako kraju roztropnie pilnującego swoich granic. Gdy parę dni wcześniej (sobotni wieczór) załoga przypłynęła pod Golden Gate, od razu skontaktowali się za pomocą UKF-ki z US coast guard, by zapytać co należy zrobić by przejść odprawę paszportową. W odpowiedzi usłyszeli podziękowania za to, że się pytają i, że w sumie wszystko jest ok. Zrobiona została safety inspection, ale odprawy celnej nikt nie przeprowadził. Następnego dnia (poniedziałek 4 grudnia) Dodzik zadzwonił do emigration office i powiedział, jaka jest sytuacja. 20 tonowy polski jacht z załogą na pokładzie, bez odprawy paszportowej. Zostaliśmy poproszeni, by przyjechać do biura w Oakland i tam przejść odprawę. Po co zatem całe zamieszanie z wizami, skoro można wpłynąć sobie tak o do kraju, a następnie być proszonym by przejechać jakieś 50 km, żeby przejść odprawę paszportową? Nie mniej jednak udaliśmy się tam i wszystko zostało załatwione jak trzeba. Nasz trip po Californi zaczął się na dobre! Pierwszym miejscem, które chcieliśmy odwiedzić był Yosemite National Park. Przyjechaliśmy tam późnym wieczorem, właściwie nocą. Mimo panujących ciemności niektóre widoki zapierały dech w piersiach, jednak czym prędzej rozpoczęliśmy poszukiwania camping site. Gdy w końcu do niego dotarliśmy, pouczono nas, by całe zapasy żywności, łącznie z wodą, zabrać z samochodu i włożyć do grubych metalowych skrzyń usytuowanych dookoła kempingu, a następnie dokładnie je zamknąć. Całe to zamieszanie spowodowane jest tym, że na terenie parku narodowego żyją niedźwiedzie i należy zachować szczególną ostrożność, gdyż są one w stanie zdemolować auta, by dostać się do pokarmu. Miejsce, w którym byliśmy, zaczęło budzić respekt. Pierwsza noc w namiocie nie należała do najcieplejszych. Mimo, że miałem na sobie 2 pary skarpet, bluzę z kapturem, czapkę zimową a cały byłem zawinięty w śpiwór, którego temperatura optymalna to 12˚C, w nocy trochę zmarzłem, a rano po wyjściu na zewnątrz cała moja czapka, nie mówiąc już o namiocie, była pokryta szronem. Sądzimy, że temperatura spadła co najmniej poniżej 5˚C. Rano po krótkim śniadaniu pojechaliśmy zobaczyć upper waterfall. Po drodze niesamowite widoki i wiele zdjęć. Na kemping wróciliśmy przed zmierzchem i zaraz do sklepu kupić coś do zjedzenia oraz drewno do ogniska. Wieczorem długie rozmowy przy cieple ogrzewającego nas żaru, śpiewy przy gitarze oraz gorące „co nieco”.

Druga noc też była zimna, lecz już nie tak bardzo jak ta pierwsza. Rano po śniadaniu zapakowaliśmy furę i odjazd do Mariposa Grove by zobaczyć Gigant Sequoias. Każdy z nas uczył się na geografii, że największe drzewa na świecie to sekwoje, ale szczerze mówiąc to nie sądziłem, ze wywrą one na mnie tak wielkie wrażenie. Spodziewałem się czegoś na podobieństwo naszych świerków tyle, że znacznie wyższych. Gdy jednak dotarliśmy do pierwszego z drzew nikt z nas nie był w stanie uwierzyć jak olbrzymie one są. Można je porównać do chodzących drzew z Władcy Pierścieni lub do miasta na drzewach z 6 części Gwiezdnych Wojen - Nowej nadziei - gdzie mieszkała karłowata ludność.

Jeśli nie macie pojęcia o rozmiarach tych drzew to oto parę danych liczbowych. Wiek: około 3000 lat, wysokość: 100m no i najbardziej imponująca średnica: powyżej 10 metrów! Niestety nasz Dąb Bartek to taki raczkujący kuzyn drzew z Californi.

Po paru godzinnej przechadzce pomiędzy tymi gigantami wróciliśmy do samochodu i rozpoczęliśmy podróż w kierunku do Las Vegas. Po drodze minęliśmy tajemniczą strefę 51, gdzie rzekomo widziano parę razy niezidentyfikowane obiekty latające, czyli po prostu UFO. Szczęście tym razem nam nie dopisało i nie mogliśmy potwierdzić owych przypuszczeń. Kolejne nocne godziny zleciały na podróży poprzez pustynie Mojave, a gdy obudziłem się o 4 nad ranem zostałem oślepiony blaskiem kolorowych neonów Las Vegas. Po krótkiej namowie zgodnie zadecydowaliśmy, że ponieważ nieprędko nasza stopa zagości w tej wiosce na środku pustyni, czym prędzej udajemy się w poszukiwaniu najbardziej oryginalnego i jak niektórzy mogą uważać kiczowatego hotelu. Wybraliśmy Luxor, czyli 30 piętrową szklana piramidę z wielkim sfinksem od frontu i egipskimi monumentami. Nasze zafascynowanie starożytnym Egiptem było większe niż zamkiem z Disney Landu, Paryskimi budynkami wraz z Wieżą Eiffla oraz Nowym Jorkiem ze Statuą Wolności i Empire State Building na czele. Z racji, że przybyliśmy nad ranem i mieliśmy jeszcze trochę czasu do zakwaterowania, skierowaliśmy nasze głodne żołądki do najbliższego Mc Donaldsa. Niestety poranne menu (czyt. śniadanie) nie przypadło nam do gustu i ruszyliśmy na przechadzkę po bajkowym i kolorowym Vegas. Szybko zorientowaliśmy się, że z każdej strony otacza nas kicz, ale ten kicz ma swój niepowtarzalny klimat i szczerze mówiąc wszystkim się podobał. Z resztą to niesamowite, że na samym środku pustyni zbudowano miasto pełne hoteli, które znane jest na całym świecie i gdzie niejedna osoba traci grube miliony w kasynie. Jeśli mowa już o kasynach, to ruch w nich trwa całą dobę, niczym na międzynarodowym terminalu lotniczym. Co chwilę ktoś przychodzi, ktoś odchodzi. Gdy w końcu doczekaliśmy pory zakwaterowania wjechaliśmy do naszego pokoju na 26 piętrze owej magicznej piramidy, po czym jednocześnie, niemal jak w przedszkolu zapadliśmy w drzemkę. Po paru godzinach snu, gdy każdy z nas nabrał sił po całonocnej podróży samochodem postanowiliśmy rozpocząć eksplorację miasta. Pierwszym celem naszej długiej wędrówki był Buffet czyli restauracja, w której płaci się raz i je do syta. Po dość mozolnych poszukiwaniach najtańszego lokalu, w końcu go znaleźliśmy i zasiedliśmy do długiej wieczerzy. Każdy z nas zasmakował wszystkich potraw nie zważając na to, że już dawno jest najedzony. Nasze oczy były wciąż głodne. Ociężali, lecz z uśmiechami na twarzy ruszyliśmy do największego z kasyn. Warto dodać, że w Nevadzie poza legalnym hazardem legalne jest również picie alkoholu na ulicy oraz legalny jest tu najstarszy zawód świata. Na ulicy stado mężczyzn wciskało nam przeróżne ulotki zachęcające do skorzystania z owych usług, lecz my zamierzaliśmy zobaczyć największe hotele i kasyna. Jednym z nich jest Cesar Palace. Spacer po całym hotelu zajął nam 30 minut w jedną stronę poprzez niekończący się pasaż z tysiącami ekskluzywnych sklepów. Jeden z nich oferował najdroższe samochody świata, a w środku parę modeli Ferrari, Lamborgini, Bentleye i inne, których nazw nie pamiętam. W kasynie nie wygraliśmy grubych milionów, a co najważniejsze, nie straciliśmy też za wiele. Każdy z nas próbował szczęścia przy jednorękich bandytach oraz ruletce. Jedynie Arlo wygrał $, co patrząc na nasze próby było nie lada sukcesem. Wracając do naszej piramidy, razem ze Skalmą i Arlem postanowiliśmy zostać na chwilę jeszcze w naszym hotelu i rozejrzeć się, czy nic tam się przypadkiem interesującego nie dzieje. Chodząc po nim doszliśmy do hotelu obok, gdzie odkryliśmy wejście do imprezowni. Długo się zastanawialiśmy, czy warto poświęcić 10$, by wejść do środka i w końcu zdecydowaliśmy się wejść. Początkowo impra jak impra. Ktoś tam tańczył na parkiecie, ktoś rozmawiał. Generalnie śmierdziało dobrą stypą, lecz nagle pomiędzy dwoma barami zaczęło obracać się coś w rodzaju sceny, na której stało trzech starszych mężczyzn ubranych w eleganckie czarne garnitury. Pierwszy z nich w wieku około 55 lat grał na wielkim kontrabasie, drugi w okularach lenonkach na perkusji, a trzeci najstarszy około 70-tki na trąbce, co w połączeniu dźwięków dawało niesamowicie rytmiczny jazz. Mieli wiele frajdy z tego co grają, lecz nie na tym skończył się pokaz. Niespodziewanie z boku sceny wyszła młoda kobieta w stroju z lat 70 i zaczęła swój egzotyczny taniec. Całość była niesamowicie zgrana, a występ tancerki zakończył się na rozebraniu do bielizny. Nie był on absolutnie wulgarny, lecz bardzo profesjonalny, zabawny i klasyczny. Po całym występie z dużą dawką wrażeń wróciliśmy do naszego pokoju na 26 piętrze i zapadliśmy w głęboki sen. Następnego dnia po oddaniu kluczy i zapakowaniu do samochodu, pognaliśmy nad zaporę Hoovera.

Całość robi wrażenie ze względu na ogrom i rok budowy samej zapory. Powstała ona w latach 1931 - 1936. Po spędzonej tam godzinie ponownie przejechaliśmy przez Las Vegas i udaliśmy się w kierunku Death Valley. Po drodze znaleźliśmy kolejny bufet, w którym najedliśmy się bezgranicznie nie wynosząc nauki z poprzednich odwiedzin takiego miejsca. Nasze obżarstwo było nawet jeszcze większe, bo tym razem w cenę wliczone były też napoje, a wstęp do takiego miejsca kosztował 8$. Dalsza podróż przebiegała przez pustynne bezdroża. Gdy po jakimś czasie dojechaliśmy do czegoś, co ciężko nazwać miejscowością (bo czym jest parę domów na krzyż i coś w rodzaju pola kempingowego?), gdzie zaczęliśmy pytać o możliwości noclegowe. Niestety owych już nie było, lecz po dłuższej rozmowie z osobą, która sprzątała basen z ciepłymi źródłami dowiedzieliśmy się o dobrym miejscu do spania na dziko na środku pustyni. Bez większego zastanowienia pojechaliśmy tam i rozbiliśmy nasze obozowisko. Następnego dnia rano dotarliśmy do samego serca Death Valley. Po drodze jednak Skalma postanowił wykonać lot na paralotni. Każdy z nas chciał lecieć jako pasażer, więc zagraliśmy w marynarza. Wygrał Arlo i czym prędzej pognał na zbocze pobliskiej góry, a ja razem z Dodzikiem, Claudią i Marcinem pozostałem na dole w samochodzie. Czasu jednak nie marnowaliśmy i nakręciliśmy ekstremalny film wspinaczkowy rodem z Monthy Pytona. Ci, którzy nie wiedzą, o co chodzi niech sięgną do klasyki dobrego humoru i poszerzą swą wiedzę. Na pewno nie będą żałować. Poza tym nakręciliśmy też teledysk do hitu "Dragostea din tei" w czasie, gdy Arlo i Skalma walczyli na zboczu góry. Po paru próbach szczęśliwie oderwali się od ziemi i poszybowali w naszym kierunku łapiąc po drodze dobre prądy termiczne wznoszące ich do góry z prędkością 4 m/s. Następna część podróży to droga do Badwater czyli najniżej położonego miejsca w Ameryce Północnej. Mieliśmy okazję przebywać 86m poniżej poziomu morza, a temperatura powietrza tamtego dnia (a był to 10 grudzień) wynosiła 24˚C. Na miejscu obowiązkowo parę fotek i dalej w drodze w kierunku na Richmond. Po drodze temperatura drastycznie spadała, bo przejeżdżaliśmy przez góry i spadła aż do 13˚C. Jakby nie patrzeć, to dość spora dzienna amplituda temperatur. Nocna jazda trochę nas wykończyła i postanowiliśmy szukać jakiegoś hotelu. Udało się nam to dopiero na granicy z Nevadą (Death Valley leży w Californi).

Kolejnego dnia jechaliśmy już prosto na jacht, lecz mijając jedną z miejscowości nad jeziorem Taho dość długo zastanawialiśmy się, czy nie zostać tam jeden dzień z powodu dużego kurortu narciarskiego. Serce me zaczęło bić znacznie szybciej na myśl o możliwym narciarstwie, lecz niestety, gdy zobaczyliśmy cenę za wypożyczenie nart oraz karnetu nie wliczając już ceny noclegu i kolejnego wyżywienia, powróciło do swojego normalnego rytmu. Po paru godzinach dalszej jazdy dojechaliśmy w końcu do Richmond i ponownie zapakowaliśmy nasz cały sprzęt na jacht. Odwiedził nas również Krzysztof Owczarek i powiedział, że razem z dwoma innymi członkami jacht klubu (Marek i Romek) chcieliby nas zaprosić na kolację do San Francisco następnego dnia. Z przyjemnością zaakceptowaliśmy zaproszenie i kolejnego dnia pojechaliśmy do umówionego lokalu. To, co tam zastaliśmy, ponownie przeszło nasze oczekiwania. Z menu każdy z nas wybrał zestaw składający się z 4 dań tj. przystawka, pierwsze i drugie danie oraz deser. Poza tym na stole 4 różne kieliszki do 3 gatunków wina i wody. Ja sam mógłbym napić się z gwinta nie czując za wielkiej różnicy w tym wszystkim, ale takie zwyczaje powoli odchodzą w niepamięć. Kolacja naprawdę rewelacyjna i na pewno długo jej nie zapomnimy. Wracając przejechaliśmy przez Golden Gate lecz nic nie było widać z powodu mgły. Następnego dnia czekało nas zwiedzanie centrum San Francisco. Tam obowiązkowa przejażdżka Cabel Carem, wizyta w China Town, gdzie Dodzik i Marcin skorzystali z usług tamtejszego fryzjera. Widzieliśmy też coś, co ciężko nazwać zwykłym sklepem gdyż zakup polegał na wybraniu wielkiej żywej ropuchy, żółwia bądź też innego gada, by później panowie rzeźnicy przerobili go na normalne porcje mięsa. Samo San Francisco urzekło mnie swą różnorodnością. Wzgórza, na których zostało zbudowane mają niepowtarzalny klimat, nie mówiąc już o charakterystycznych zabudowach oraz stromych ulicach znanych z filmów akcji, gdzie podczas pościgów auta bandziorów i dobrej policji przelatywały w powietrzu po kilkanaście metrów. Wizyta w San Francisco należała do bardzo udanych. Wypłynięcie z portu opóźniało się z powodu drobnych napraw na jachcie. Ostatecznie udało się nam opuścić miasto 16 grudnia rano. Dodam też, że polonia z okolic San Franisco okazała nam mnóstwo życzliwości. Parę razy dostaliśmy świeże warzywa i owoce, nie wspominając już o sporym dofinansowaniu do zakupu nowego laptopa oraz załatwieniu postoju za darmo w marinie, gdzie staliśmy 2 tygodnie. Jesteśmy im bardzo wdzięczni za calą pomoc oraz ich obecność.

Gdy w końcu cumy zostały oddane i przepłynęliśmy pod Golden Gatem w kierunku na ocean, fale stopniowo zwiększały się, by osiągnąć wysokość 6-7 metrów. Niestety bardzo szybko musiałem uznać wyższość Neptuna i dwa następne dni miałem z głowy. Trzeci dzień przyniósł to, na co czekałem, czyli normalną egzystencje na oceanie.

Warto dodać, że Stary wszędzie wzbudza duże zainteresowanie. Skupia on uwagę swoją wyróżniającą się barwnością, wpływając do portów mamy dużo flag sponsorskich, oklejone burty, na pokładzie strasznie dużo sprzętu wliczając dwa pontony, butle do nurkowania, beczki, silniki do pontonów i inne rzeczy. Rasowy wyprawowy wygląd. Zaraz po wpłynięciu do Long Beach przyszedł do nas pewien mężczyzna (Rafał) i po polsku zaoferował swoją pomoc (spotykamy się z tym na każdym kroku). Jacht wtedy stał w miejscu, gdzie postój dozwolony jest przez parę godzin i zaraz po przycumowaniu młody chłopak (Luck), który tam pracował wykonał telefon do swojego szefa dokładnie opisując sytuacje i w rezultacie zostaliśmy zaproszeni do ekskluzywnego jacht klubu, gdzie nie płaciliśmy za cumowanie, stojąc tuż przy samym brzegu. Obecnie znajdujemy się w Meksykańskiej Ensenadzie, gdzie przywitaliśmy Nowy Rok. Teraz pracujemy przy jachcie i w wolnych chwilach zwiedzamy miasto, dlatego też kolejna relacja (tj. LA - Meksyk) powstanie, gdy opuścimy to miejsce.”

Krzysiek Bonczar

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: