Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

Relacje

Relacja Dominika Baca:

1. Bogate wybrzeże

Kiedy przygotowywaliśmy się do wyprawy często wyobrażaliśmy sobie miejsca, które odwiedzimy. Wśród tysiąca spraw i problemów, które musieliśmy omówić przed rejsem, jak przygotowanie jachtu, finanse, zaopatrzenie, naprawy, trasa, terminarze, zawsze na końcu wyczerpujących rozmów przychodził taki moment, że dawaliśmy się ponieść fantazji. Zamawialiśmy jeszcze jedno i ...jeszcze jedno piwo i żeglowaliśmy do nieznanych nam miejsc w wyobraźni, nawzajem się napędzając. Miejsca, o których rozmawialiśmy najczęściej to te tworzące "poezję nazw geograficznych". Nazwy, które brzmią najbardziej egzotycznie i niezwykle. Są tak odległe i niedostępne, że wydaje się, iż istnieją tylko na mapie.

"Czym jest pieniądz w kraju biednym? W takim kraju, pieniądz to wspaniały, gęsty, odurzający, osypany wiecznym kwiatem żywopłot, którym odgradza się Pan od wszystkiego. Przez ten żywopłot Pan nie widzi pełzającej biedy, nie czuje smrodu, nędzy, nie słyszy głosów dochodzących z ludzkiego dna. Ale jednocześnie Pan wie, że to wszystko istnieje, i odczuwa Pan dumę ze swojego żywopłotu. Pan ma pieniądze, to znaczy Pan ma skrzydła. Pan jest rajskim ptakiem, który budzi podziw.”
Ryszard Kapuściński "Cesarz"

Zatoka Baffina - początek przygody, Cieśnina Bellota - stąd nie będzie odwrotu, Cambridge Bay - możliwe zimowanie? Morze Beauforta, Cieśnina Beringa, Zatoka Alaska - tu musimy uważać na sztormy, nierealne Diomidy i linia zmiany daty, upragnione Aleuty i Dutch Harbor, skąd już miało być łatwo....

Potem marzyliśmy o wielkich miastach: Vancouver - koniec z zimnem - i wizytą przy Św. Rochu, statku zdobywcy Northwest Passage, magiczny moment przejścia pod Golden Gate w San Francisco i wreszcie Los Angeles miasto jak nam się wydawało położone w tropikach. W końcu Acapulco w Meksyku i kraje Ameryki Środkowej - brzmiące najbardziej niesamowicie do tego stopnia, że kilka lat temu nie wiedzielibyśmy, na którym kontynencie niektóre z nich umiejscowić: Gwatemala, El Salvador, Honduras, Belize, Nikaragua i Kostaryka.

Na każdy z tych krajów mieliśmy gotowe marzenie. Zbliżamy się do brzegu, z oddali widać porośnięte tropikalną dżunglą góry, nad którymi kłębią się burzowe chmury. Wchodzimy do portu na jachcie, pierwsi pojawiają się sprzedawcy egzotycznych owoców. Z małej łódki podają nam kiście bananów, pomarańcz i mango - za wszystko płacimy najwyżej jednego dolara. Schodzimy na ląd, nikt nie pyta nas o paszport czy certyfikat okrętowy, no bo niby po co? Ewentualnie odwiedzamy miejscowy kapitanat schowany w cieniu palm i po serdecznej rozmowie z oficerem dowiadujemy się gdzie możemy zatankować świeżą wodę i gdzie jest najbliższa plaża....

W końcu jesteśmy; na radarze pojawia się czerwone echo linii brzegowej - Kostaryka.

Wpływamy do zatoki Herradura. Już od Gwatemali wiemy, że tutaj znajduje się Marina Los Suenos (dosł. Marina Marzeń). Jednym słowem wszystko naj.

Podobno poza USA nie ma lepszej mariny na Pacyfiku. Tutaj będziemy mogli naprawić naszą echosondę i przetwornicę, napijemy się wreszcie zimnego piwa, a wieczorem zjemy w restauracji na plaży. Tutaj zaspokoimy nasze potrzeby. W zatoczce stoi kilka jachtów, chociaż właściwie należałoby powiedzieć hoteli na wodzie. Błyszczą się z daleka białą farbą i lśniącym chromem. Jest nawet jeden jacht, który wygląda na żaglowy - jest ogromny, ale wygląda jak zabawka. Pięć salingów, grot rolowany do bomu, nad pokładem rozpięte baldachimy, a pod nimi niczym w folderach reklamowych popijając drinki siedzą 3 osoby w strojach kąpielowych i z wyraźnym zaciekawieniem przyglądają się nowemu sąsiadowi.... Mały niebieski jachcik.

Na rufie dziesiątki beczek powiązanych pasami i sznurami niczym na cygańskim wozie. Ciężko dostrzec pokład: ponton, dinghy, silniki, pudła, beczki, masa bliżej niezidentyfikowanych obiektów. Koło steru rdzewiejąca beczka Z przodu na relingach po obu stronach sklarowane żagle (chyba ich używają). Do tego tu i tam widać żółtawy zaciek, a stalowa linia jachtu jakaś taka pomarszczona... A nad tym wszystkim rozpięta niebieska cerata.

No cóż, w tych warunkach Stary czuje się nieco niezręcznie. To tak jakbyśmy z długiej podróży, prosto z ulicy w ubłoconych butach i z plecakiem weszli nieproszeni na bankiet do 5 gwiazdkowego hotelu. Niezrażeni, dumnie wypinając tors stajemy w rzędzie na kotwicy, oporządzamy jacht i zrzucamy nasze dinghy z małym silniczkiem. Krzysiek wykonuje jazdę próbną i... Silniczek po wykonaniu kilku koncertowych prych, pufff, bach,... Odmawia współpracy. Krzysiek dryfuje wśród luksusowych jachtów i ciągnie silniczek za ogon. Z daleka wygląda to groteskowo i szczerze mu współczujemy, ale nie mamy jak pomóc. Jakby co, plaża jest niedaleko i nie ma przyboju.

Z "megajachtów" załogi przyglądają się naszej mizernej sytuacji. Co chwilę między kotwicowiskiem a mariną kursują pontony z potężnymi silnikami, wożąc gości. Niektóre z nich są prawie wielkości Starego. Jeden z nich zatrzymuje się koło naszej dinghy i oferuje pomoc..., ale za chwilę, bo musi coś ważnego zawieźć... Widzimy jak Krzysiek dalej dryfuje w kierunku plaży. W tym momencie w silniczku odzywa się ambicja groźnego psa ratlerka i po kilku szczeknięciach dzielnie, chociaż niezbyt szybko łódka jedzie do nas z powrotem.

Po chwili jedziemy we trójkę z Krzyśkiem i Claudią do mariny. Musimy się w końcu odprawić w Kostaryce. Przy główkach mariny wyskakuje uzbrojony strażnik. - A wy gdzie płyniecie? - Do mariny do dinghy doku... - Hmmm, a po co?

Czujemy, że nasza wizyta w marinie może się skończyć już tutaj. Szybko mówimy, że chcemy zasięgnąć informacji i czy mają dla nas miejsce w marinie. Możemy płynąć dalej.

Przy pirsach stoją zacumowane łodzie do wędkowania sportowego - piętrowce rybackie. Wybrzeże Pacyfiku, począwszy od półwyspu Kalifornijskiego aż do Panamy, to najlepsze miejsce na świecie do połowu wielkich walecznych ryb: marlinów i żaglic. Wielkie wędki wystające z motorówek sprawiają, że wyglądem przypominają mi one ogromne wąsy langust. Piętrowce - ponieważ każda z tych motorówek posiada wysoką kilkupiętrową wieżę ze szczytu, z której rybak "herszt" ma absolutnie najlepszą ocenę sytuacji. Będąc rybą poddałbym się na sam widok takiej pływającej, wąsatej wieży. Wyskakujemy z dinghy, Krzysiek wraca na jacht, my idziemy do biura. Uff klimatyzacja... Kostarykańska piękność, o wielkich oczach i długich paznokciach wita nas bezbłędna angielszczyzną.

My - Dzień dobry
Piękność - przepraszam - telefon. Good afternoon Los Suenos Marina May I help you?
My (odważnie) - Ile kosztuje marina?
Piekność ( w przerwie między telefonami) - 4 dolary za stopę, plus podatek.... Przepraszam - telefon...
My (w myśli) dobry Boże- 42 stopy razy cztery 168 plus podatek... hmmm gdzieś pod 200 dolarów... oszaleli.
My (werbalnie) Yhmmm. Do tego kiwamy z poważaniem głową. Aaaa..., czy możemy zrobić odprawę i ... ile kosztuje ?
Piękność - Musicie wynająć agenta. To nie będzie więcej niż 400 dolarów
Znowu dzwoni telefon My (w myśli), no pięknie 400 dolarów za załatwienie kilku pieczątek. Chyba nie zwiedzimy Kostaryki... (werbalnie) Ach tak... a gdzie możemy załatwić sprawę bez agenta...
Piękność - Wykonuje uśmiecho-grymas połączony z horyzontalnym kiwającym ruchem głową, co odczytujemy, że takiej możliwości nie ma.
Piękność - To zostają państwo? Jeżeli nie chcą państwo korzystać z mariny, nasz Dinghy Dok jest do państwa dyspozycji (jak miło) za jedyne 50 dolarów dziennie. W tym mogą państwo przebywać na terenie mariny (cudownie) i korzystać z toalety (fantastycznie!!!).
My (zmieszani). Nie dziękujemy, poszukamy jakiegoś innego miejsca, straszny u państwa tłok. Przy okazji mają Państwo bankomat?
Piękność - Tam mamy, ale jeżeli Państwo nie zostają to nie możecie z niego korzystać.
Hmm, o toaletę już nie pytamy. Dzwoni telefon i korzystając z okazji wycofujemy się z biura. Przez radio wołam Krzyśka i Marcina żeby po nas przyjechali - nic tu nie załatwimy. Radio nie odpowiada. Idę do budki strażników, żeby udostępnili mi na chwilę ich UKF. W tym momencie drogę zagradza mi wysoki blondyn i po hiszpańsku z amerykańskim akcentem informuje:
- Nie macie odprawy!!! Nie możecie niczego dotykać! Musicie natychmiast opuścić marinę! Natychmiast!!! No cóż, jakbyśmy mieli agenta pewnie moglibyśmy sobie "podotykać" mariny. Zza pirsu wyłania się na szczęście nasze poczciwe dinghy i wracamy we czwórkę na jacht, zabieramy z powrotem śmieci i puste butle na wodę. Nie tak wyobrażaliśmy sobie żeglarską gościnność i pomoc. Skończyła nam się woda do picia, nie możemy wymienić butli, więc odpalamy agregat i w czajniku elektrycznym gotujemy wodę kilkanście razy. Cudownie, mamy baniak wrzącej wody:)))) Krzysiek mówi, że chyba trzeba wymyślić czajnik spalinowy. Dzisiaj tłusty czwartek i od rana marzyliśmy o piekarni. Nie tym razem. Przychodzi sms z przepisem na pączki: Pół pudełka serka waniliowego lub normalnego z jedną łyżeczką cukru waniliowego, pół kilo mąki pszennej, 4 łyżki mleka, proszek do pieczenia, 4 łyżki oleju, 10 deko cukru pudru do posypania, 2 jajka, kostka smalcu. Hmmm z tych składników mamy olej, mąkę i normalny cukier - nie ryzykujemy czy wyjdą z tego pączki. Nie zrażamy się i robimy tłusty obiad. Golonka z puszki z musztardą i frytki. Do tego chłodzący napój 60 stopni.

Jest piękny zachód słońca i z morza do mariny wracają kolejne motorówki. Spłoszone ptaki podrywają się z plaży - przyleciały dwa helikoptery. Powoli zapada zmierzch. W marinie zapalają się różnokolorowe światła, jachty obok nas subtelnie iluminują światłem na pokładzie podświetlając wodę. Wszystko zaplanowane, idealne, bez skazy.... Po drugiej stronie plaży pali się kilka światełek w niewielkich chatynkach. Kilka skromnych łódek rybackich wyciągniętych na brzeg. Dwa światy.

Dla nas żeglarzy to tym bardziej smutne, że wpływając z morza oczekuje się portu jak zbawienia. Port to ocieniona kafejka, zimne piwo, restauracja, spacer po plaży... Spotkani żeglarze, życzliwe rady i morskie opowieści. Rozwiązanie problemów technicznych i zabawa jako odreagowanie pobytu na morzu. Na szczęście większość miejsc, które odwiedzaliśmy było właśnie takie.

Tak wygląda dzisiejsza Kostaryka, przynajmniej w rejonie, który na razie odwiedziliśmy. Najpiękniejsze zatoki, jeżeli nie zostały zamienione w parki narodowe, są wykupione przez Amerykańskie koncerny turystyczne. Buldożery wgryzają się w tropikalną dżunglę, przygotowując miejsce dla hoteli i apartamentowców. Te hotele są odgrodzone od normalnego życia Kostaryki płotami i strzeżone czujnym okiem uzbrojonych strażników. Ciemna strona turystyki masowej. Zamiast przybliżać kultury ku sobie, odgradza się od nich pieniędzmi i różnicami społecznymi. Położona poniżej pasa huraganów Kostaryka jest nazywana Szwajcarią Ameryki Centralnej. Ceny gruntu w pobliżu kurortów są porównywalne z tymi w USA i Europie. Dzięki temu kraj posiada stabilna sytuację ekonomiczną w odróżnieniu od ubogich i nękanych klęskami żywiołowymi sąsiadów: Hondurasu i Nikaragui.

Kraj jest przepiękny: wulkany, plaże, dżungla, górskie rzeki. Można uprawiać tu praktycznie każdy sport: żeglarstwo, wspinaczka, speleologia, rafting i kajakarstwo górskie, zwiedzać dżunglę i podziwiać egzotyczne zwierzęta. Nurkowanie z mantami, delfinami i rekinami. Wszystko naj.... ale tylko dla tych o bardzo zasobnym portfelu.

Decydujemy się płynąć do Puerto Quepos - podobno nie ma tam żadnej mariny. Znajdziemy nasz kapitanat pod palmami i sprzedawców owoców.

Wychodzimy na noc w morze. "Stary" jak doświadczony życiem kundel wesoło pomrukuje Dieslem i nie przejmuje się zgrają białych francuskich pudelków, których światła w końcu nikną w oddali. Żegnajcie - brzydkie kaczątko opuszcza zatokę.. Hej!

2. Clavadistas de la Quebrada
Palce stóp zaciskają się na krawędzi skały, ręce unoszą się do góry… wdech... opadają... Jeszcze nie... Widownia zebrana 10 pięter niżej wstrzymała oddech... - Amigos de Polonia! - woła Mauricio, uśmiecha się w dół w kierunku zebranych ludzi i macha ręką. Szybko podnosi ręce do góry i zanim zdążymy się przygotować lekko odbija się od skały i szybuje w kierunku wody...

Do skał idziemy przez wąskie uliczki La Quebrada, najstarszej dzielnicy nazywanej też Acapulco Antiguo. Jest tu skromniej niż nad zatoką, gdzie przycupnęły wielkie luksusowe hotele, dziesiątki restauracji i piaszczyste plaże, ale za to bardziej swojsko. Kolorowe domki przylepione do skalistych wzgórz nad zatoką wyglądają niczym plastry miodu w ulu. Na sznurach suszy się pranie, kilkuletni chłopcy puszczają latawce i co chwilę taksówki Volksvageny Garbusy z trudem wspinają się po stromych uliczkach. To właśnie głównie stąd wywodzą się Clavadistas de la Quebrada - skoczkowie z Acapulco, po angielsku nazywani Cliff Divers.

W palącym południowym słońcu dochodzimy do skał. Zatoczka właściwie wygląda jak miniaturowy fiord, szczelina w skałach wymyta przez morskie fale. Ma około 30 metrów długości i w najszerszym miejscu u wylotu około 7 metrów szerokości. W głąb jest już tylko węziej i płycej, a u stóp skały La Quebrada tylko 4 do 5 metrów głębokości. Z góry musi wyglądać naprawdę mikroskopijnie. Skoki odbywają się codziennie: raz w południe i kilka skoków po zachodzie słońca. Dzisiaj mamy szczęście, przyszło niewielu turystów i możemy zamienić kilka słów ze skoczkami.

Mauricio ma szeroki uśmiech i pogodne spojrzenie łobuza, zaczesane do tyłu włosy dodają mu zawadiackiego charakteru. Kiedy dowiaduje się, że jesteśmy od 7 miesięcy na morzu, łapie się za głowę. Przed skokiem opowiada nam o historii skoków w Acapulco, która sięga roku 1934. Początkowo sposób na zabawę i pewne poderwanie najładniejszych dziewczyn przekształcił się w tradycję przekazywaną z ojców na synów i dzisiaj jest ikoną jednego z najsłynniejszych meksykańskich kurortów.

Najmłodsi Clavadistas zaczynają w wieku 5 do 7 lat skacząc z wysokości kilku metrów. Z najwyższego miejsca - z 36 metrów skaczą już kilkunastoletni skoczkowie. Potem pozostaje szkolenie stylu i doskonalenie karkołomnych obrotów. Najstarsi weterani mają ponad 50 lat. Mimo odbytych wielu skoków, każdy kolejny jest równie niebezpieczny. Clavadista musi dobrze wycelować do wąskiej zatoki, jednocześnie obliczając skok tak, aby wejście do wody wypadło na wysoką falę. Złe oszacowanie powoduje uderzenie o dno... W ciągu wielu lat i oddanych tysięcy skoków zdarzyło się na szczęście niewiele wypadków.

Nasz bilet ma numer 937357, czyli zbliżamy się do miliona widzów, którzy przyjechali do Acapulco obejrzeć słynnych Clavadistas.

Skoczkowie zbiegają schodami do widowni i witają się z publicznością. Przechodzą przez mur odgradzający od przepaści i skaczą do wody z wysokości około 10 metrów. Jesteśmy zaskoczeni, bo droga na najwyższą skałę biegnie z drugiej strony. Z wody to pionowa ściana wspinaczkowa....

Jednak tędy biegnie droga... 6 skoczków niczym pająki wspina się po pionowej skale, doskonale znają trasę, maja opanowane chwyty i po 3 minutach są wszyscy na górze.

Na szczycie następuje narada i podział ról. Clavadistas schodzą na wyznaczone skałki i przygotowują się do skoku. Mauricio skacze pierwszy - pozdrawia nas z góry i po chwili szybuje pięknie wygięty z rozchylonymi ramionami na tle skał i oceanu. Skoki teraz następują jeden po drugim. Niecałą minutę po Mauricio odrywa się dwóch skoczków i wykonując synchronicznie dwa precyzyjne obroty w tym samym momencie dotykają tafli wody. Publiczność bije brawo i wiwatuje i po kilkunastu sekundach tym razem trzech Clavadistas wykonując potrójne salto z ogromną szybkością wpada do wody - imponujące! Wszystkie dotychczasowe skoki odbywały się z wysokości około 29 metrów.

Na górze został tylko jeden skoczek, który skacze z 36 metrów. Widzimy jak idzie do małej kapliczki przy szczycie skały, kreśli znak krzyża. Wraca nad krawędź, spogląda w dół, cofa się, znowu wraca...w końcu staje i przyzwyczaja się do wysokości. Trwa to około 5 minut, które dla nas na dole wydają się wiecznością. Wtem unosi ręce do góry i klasycznie wygięty bez obrotów leci w dół. Lot trwa niecałe 3 sekundy i wszyscy wstrzymujemy oddech. Uderzenie o wodę, chwila niepewności... Jest! Wynurza się z niebiesko-białej piany i uśmiechnięty macha ręką.

Widzowie przeglądają nagrania video i fotografie. Dopiero teraz na spokojnie można policzyć ilość salt i przyjrzeć się ewolucjom.

Skoczkowie mają również swoje stowarzyszenie, które skupia dzisiaj około 150 członków, w tym aktywnie skaczących jest około czterdziestu. Stowarzyszenie opiekuje się skałą la Quebrada, gdzie wybudowano miejsce dla widowni, szatnie i prysznice dla skoczków. Przed skokiem jest zbierana opłata około 40 pesos (4 dolary) od każdego widza. Większość skoczków pochodzi z niezamożnych rodzin i stowarzyszenie wypłaca aktywnym stałą gażę, dodatkowo prowadzi fundusz emerytalny i szkołę dla młodych Clavadistas.

W siedzibie stowarzyszenia jest gorąco, trzy wentylatory mielą gęste powietrze. Na ścianach wiszą wyblakłe od słońca zdjęcia skoczków, dyplomy uznania od władz i puchary zdobyte na międzynarodowych zawodach. Na krzesłach przy drzwiach siedzi kilku dziadków - skoczków seniorów, głośno rozmawiają o dziewczynach, śmieją się i gestykulują - wyglądają tak jakby za chwilę mieli zdjąć ubrania i skoczyć z La Quebrada. Co chwilę ktoś przechodzący ulicą zagląda do środka i pozdrawia rozmawiających.

Po skokach podchodzimy do Mauricia i kolegów i gratulujemy im wyczynu. Żegnamy się serdecznie... Może kiedyś też skoczymy... ... razem na piwo !

Relacja Marcina Sanetry:
Szamanizm w katolickim kościele!

Pickup, a na pace trzech Polaków, Kolumbijka, dwie Niemki bliźniaczki, Kanadyjczyk, Szwajcarka oraz labrador o wdzięcznym imieniu Kinich (czyt. Kinicz). W roli kierowcy-przewodnika, zapoznana dzień wcześniej, Meksykanka Valentina. Tak zaczęła się nasza pełna wrażeń, zachwytu i zadumy podróż do małej indiańskiej miejscowości San Juan Chamula.

Chamula to kilkutysięczne gminne miasteczko oddalone o 25 kilometrów od większego miasta San Christobal de las Casas. Zamieszkiwane przez Indian Chamula, posługujących się dialektem Tzotzil (jest to jeden ze znanych dialektów Majów), słynie z obrzędów religijnych, jakie odbywają się w pobliskim kościele.

Po półgodzinnej jeździe zatrzymujemy się na wzgórzu, gdzie rozciąga się widok na miasteczko. Symetrycznie rozłożone ulice zbiegają się w centralnym miejscu - tętniącym kolorami placu, gdzie Indianie w ludowych strojach handlują warzywami, owocami i zwierzętami.

W drodze do centrum towarzyszy nam gromada dzieci ubranych w tradycyjne stroje Indian Chamula. Dziewczynki noszą kolorowe bluzy i utkane z grubej czarnej wełny spódnice. Chłopcy, ci już bardziej podążający za modą, ubrani w t-shirt'y. Dzieciaki biegają wokół nas prosząc o kilka peso, bądź kupno własnoręcznie wykonanych ozdób (opasek, plecionych pasów lub bransoletek). Po skierowaniu w ich stronę obiektywu zasłaniają twarze lub uciekają na wszystkie strony.

Na odgrodzony murem teren kościelny wchodzi się przez kolorową bramę. W pół drogi do drzwi kościoła usytuowany jest krzyż. Jeszcze kilka kroków i stoimy przed bogato dekorowanym wejściem do świątyni. Potężne, pięknie rzeźbione drzwi. Jaskrawo pomalowane obramowania, przystrojone suszonymi kwiatami i zbożami sprawiają wrażenie, że trafiliśmy na obchody jakiegoś lokalnego święta.

Przed wejściem strażnik surowo nakazuje, żeby aparaty i kamery schować do pokrowców i pod żadnym pozorem nie robić zdjęć. Dla upewnienia się, że zrozumieliśmy polecenie, powtarza je kilkakrotnie, wymachując przy tym sugestywnie rękami.

Po przestąpieniu progu, jako że w środku panuje półmrok, nasz wzrok potrzebuje kilku sekund, zanim kościół odsłoni nam swoje uroki.

W międzyczasie dochodzą do nas liczne zapachy - zapach igliwia sosnowego niczym z mazurskiego lasu, zapach parafiny z płonących świec, a także różnorodnych ziół wykorzystywanych w roli kadzideł przy rytualnych obrzędach.

Pierwsze kroki, po usianej świecami i wysypanej igliwiem podłodze, bardzo delikatne i niepewne. Powoli posuwam się do przodu, rozglądając się na wszystkie strony. Dopiero po dłuższym przebywaniu w kościele z uśmiechem na twarzy stwierdzam, że niezwykle komicznie wyglądają osoby po raz pierwszy wchodzące do kościoła. Niczym dzieci, które coś przeskrobały - nisko na nogach, cichutko skradające się postacie z rozbieganym wzrokiem próbujące ogarnąć wszystkie dziwy, w które obfituje wnętrze kościoła pod wezwaniem San Juana Baptisty (św. Jana Chrzciciela).

Kościół w środku jest pozornie pusty, nie ma w nim ław ani krzeseł dla wiernych. Przydymione od setek płonących świec ściany wytarzają nastrój tajemniczości. Mnóstwo świeżych i suszonych kwiatów przyozdabia ściany i ołtarz. Po dwóch stronach kościoła rozstawione na całej długości gabloty z postaciami świętych. Figurki przyodziane w ciężkie stroje i przyozdobione kolorowymi dodatkami. Na piersi każdego świętego obowiązkowo przynajmniej jedno lusterko. Jego zadaniem jest ustrzeżenie przed dostaniem się do wnętrza świętego złych duchów, które mogły opętać nieszczęśnika przychodzącego się pomodlić.

Wierni rozstawieni są po całym kościele, w grupkach, całymi familiami. Głowa rodziny stoi i rytmicznie, niczym mantrę, powtarza słowa modlitwy. Reszta siedzi, popija zgromadzone wokół napoje (Coca-Cola, Fanta, Sprite, dla pełnoletnich lokalnie wytwarzana wódka zwana posh (czyt. posz). Dzieci kręcą się, biegają po kościele, co chwilę wracając po kolejny kęs jedzenia i łyk, posiadającej magiczne właściwości, coli. Nie przeszkadzają nawet melodyjki komórek, które od czasu do czasu rozbrzmiewają wewnątrz kościoła. Krótka rozmowa i można wracać do obowiązków.

Nie pasująca do naszych wyobrażeń atmosfera kościelnej biesiady, ku naszemu zdziwieniu, przeradza się w jeszcze bardziej niesamowite zdarzenie, kiedy to z leżącej obok siatki zostaje wyciągnięty pęk ziół oraz czarny kogut.

Mistrz ceremonii - szaman, po odprawieniu stosownych modłów, bierze zioła i przypala je nad świecami, a następnie kolistymi ruchami okadza klęczącą przed nim osobę. Czynność tę powtarza kilkakrotnie, po czym ponawia wypowiadane w lokalnym dialekcie słowa modlitwy. Następnie przychodzi kolej na koguta. Ptak również wędruje wzdłuż ciała, jak mniemam, uzdrawianej osoby. Chwilę później mocny uścisk na karku koguta, szybki ruch ręką, kilka sekund szamotaniny i tym razem już martwe zwierzę ponawia rytualny taniec.

Przez dłuższą chwilę staliśmy nie wierząc w to, co przed chwilą zobaczyliśmy. Rozglądam się i widzę ten sam wyraz zdziwienia i zaskoczenia na twarzach moich znajomych. Chyba nikt z nas nie spodziewał się takiego zakończenia.

Niesamowita magia tego miejsca zauroczyła nas wszystkich. Kościół San Juan Chamula to miejsce niesamowitych kontrastów, gdzie miesza się znana nam dobrze kultura chrześcijańska z mocno zakorzenionymi, sięgającymi setek lat wierzeniami Indian. Mistycyzm panujący wewnątrz kościoła zachwyca i zmusza do chwili zadumy. Ciśnie się na usta pytanie, w jaki sposób wierzenia tych ludzi przetrwały do XXI wieku? I w końcu jak długo będziemy jeszcze mogli podziwiać sposób, w jaki ci ludzie gorliwie i z pełnym przekonaniem odprawiają swoje obrzędy.

Marcin Sanetra

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: