Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

Podwodny Świat

Golfito opuszczamy w pośpiechu. Jesteśmy już prawie 2 doby po odprawie paszportowo-celnej i dawno nie powinno nas już być w Kostaryce. Niestety, budząc się przed świtem zauważamy brak naszej dinghy z 15 konnym silnikiem - strata nie do odrobienia. Po szybkiej inspekcji okazuje się, że jednak nikt nie ukradł nam łódki, ale zatonęła ona koło jachtu i trzyma się na cumce przywiązana za dziób do knagi... Wyciągamy ją na fale i wylewamy wodę. W pontonie jest dziura, o której wcześniej nie wiedzieliśmy, na nasze nieszczęście tak duża, że w nocy woda wypełniła całe wnętrze i wszystko zatonęło. Musimy szybko ratować silnik - wylewamy wodę, odkręcamy filtr oleju i świece - na razie tyle, reszta naprawy po drodze i w Panamie. Przy wyjściu z zatoki Golfo Dulce (Słodka Zatoka) na pełnych żaglach mkniemy do Panamy.

Pacyficzna część Panamy jest rzadko zamieszkana i brak jest dogodnych portów, w których moglibyśmy się odprawić. Decydujemy się na metodę "na dzika" - płyniemy zatrzymując się w miarę potrzeby i będziemy się odprawiać dopiero w Panama City. Ponieważ to nasze ostatnie dni na Pacyfiku stawiamy większy nacisk na nurkowanie. Nie mamy przewodnika nurkowego, więc wybieramy miejsca intuicyjnie. Górki podwodne, małe wyspy wysunięte daleko w morze i niedostępne zatoczki. Dzięki tej metodzie nurkujemy praktycznie w nietkniętych miejscach, być może jako jedni z pierwszych nurków. Pod wodą czujemy się jakbyśmy odkrywali nowy świat - przy każdym zakręcie, omijając każdą skałę, za każdym zanurzeniem czujemy podniecenie związane z nieznanym. To zupełnie inne uczucie niż nurkowanie w znanych i opisanych miejscach, gdzie przed Tobą było już 20 tys. nurków.

Pierwszego dnia zatrzymujemy się przy wypłyceniu zaznaczonym na mapie jako La Bandera. Jest to górka podwodna o głębokości około 100 metrów. Claudia i Maciek nurkują jako pierwsi. Wracają podekscytowani: ławice tuńczyków żółtopłetwych, manty, dużo kolorowego drobiazgu i na dodatek kilka rekinów. Piękna przejrzystość wody jest atutem tego miejsca. Woda roi się od meduz, które parzą skórę. Wejście do wody bez pianki to murowany kontakt z meduzą. Gdy nurkujemy z Maćkiem i Sławkiem znowu mamy szczęście i spotykamy kilka rekinów gitarowych (nazwa do sprawdzenia). Leżą zagrzebane w piasku, z przodu przypominają raję, ale ogon jest już wybitnie rekinowaty - taki "Mantorekin" :)))) Swoim łagodnym zachowaniem ośmielają nas do żartów i choć to sprzeczne z zasadami nurkowania powoli zbliżam rękę do ogona... pac... Tylko zagrzebał się bardziej w piasku.. Jeszcze raz... tym razem chwytam mocno za ogon i wyciągam rekina z piachu. Zirytowany głupimi żartami w czasie drzemki szybko wyrywa się i ucieka. Patrzę na Sławka i obaj parskamy śmiechem, spod masek wydobywają się bąble. Już przy wynurzeniu zaraz obok nas przemykają cztery większe rekiny tym razem normalne - jak szare torpedy. Największy moim zdaniem ma około 2 metrów. Wyraźnie nie interesują ich pokraczne, wolno pływające ryby z owłosionymi głowami, puszczające co chwilę dziesiątki bąbli.

Na drugie nurkowanie przenosimy się na grupę wysepek otaczających od wschodu Isla Parida. Wybieramy kotwicowisko pomiędzy Palito de Adentro i Palito de Afuera - w dosłownym tłumaczeniu - Patyczek Wewnętrzny i Zewnętrzny. Wysepki stanowią niesamowity widok. Z oceanu sterczą pionowe skalne ściany wymywane przez fale, a na szczycie każda wyspa ma zieloną czuprynę dżungli. Przypomina to trochę mogoty z południowych Chin i Wietnamu lub miniaturowe wenezuelskie tepui. Przy zachodzącym słońcu czujemy, że jesteśmy na końcu świata. Jest już późno, ale schodzimy pod wodę: Maciek, Sławek i ja. Początkowo woda - żurek, przypomina przejrzystością polskie jeziora. Jedziemy na dół w odległości metra od siebie, żeby się nie zgubić, potem za pomocą kompasu płyniemy przy dnie w kierunku raf. Tu przejrzystość się poprawia - sporo ryb i dużo korali. Zwiedzamy kilka kanionów, ale szybko decydujemy się na wyjście. Maciek mówi, że jesteśmy wszyscy zmanierowani. " Jak nurkujesz całe życie w polskich mętnych jeziorach, gdzie jak masz szczęście, to spotkasz smutnego karpia lub zasępiałego karasia. Jak wyjedziesz na ciepłe wody i zobaczysz jedną kolorową rybę, jest "super." My przy każdym nurkowaniu mamy ich setki, a przejrzystość wody rzadko spada poniżej 10 metrów.

W nocy żeglujemy, aby zaoszczędzić czas. Kiedy rano Sławek budzi mnie na wachtę jesteśmy już w zatoce u północnych brzegów Isla Coiba. To największa przybrzeżna wyspa obu Ameryk w tych szerokościach. Większe wyspy są dopiero daleko na północy (Vancouver Island) i na południu w kanałach Patagonii. Na wyspie do dzisiaj funkcjonuje kolonia karna i aby zejść na ląd potrzebujemy pozwoleń - wobec braku odprawy.... pozostaje nam metoda na dzika :)))). Po śniadaniu od razu schodzimy pod wodę. Wybieramy małą wysepkę La Iglesia (Kościół), której ściany obrywają się gwałtownie w dół. Pod wodą od razu natykamy się na rekiny rafowe. Są jak z filmów.

Niebieskoszare cielska sprawiają wrażenie nieprawdopodobnie zwinnych i bez cienia wątpliwości budzą respekt. Wyraźnie widzimy jak poruszają skrzelami (takie coś z boku) i łypią na nas okiem. Zaciekawione krążą wokół nas w odległości około 3-5 metrów. Kiedy próbujemy je gonić, szybkim ruchem płetwy ogonowej znikają w toni, żeby za chwilę znowu pojawić się niespodziewanie. Spędzamy cały dzień na rafie, goniąc rekiny. Niektóre z nich siedzą skryte w szczelinach skalnych, tak, że trzeba podpłynąć bardzo blisko żeby je zobaczyć. Czasami wystaje tylko szarostalowy ogon z małą białą łatką. Wokół takiej szczeliny zawsze kręci się cała chmara kolorowego drobiazgu niczym w akwarium. W środku dwa rekiny kręcą się niespokojnie - przez szczelinę patrzą na nich 3 pary oczu i błyskają dwa aparaty fotograficzne... To już nie do zniesienia, jeden szybkim ruchem ogonem obraca się, wypada wprost na nas ze szczeliny i płynie na głębszą wodę. Drugi z rekinów przekomarza się z nami, podpływa, potem znowu chowa się w szczelinę. Widząc, że nie ma złych zamiarów, postanawiamy go trochę rozbawić. Podpływamy z Claudią od strony małego okienka do szczeliny a Maciek czeka z tyłu. Rekin cofa się wystarczająco na tyle, że Maćkowi udaje się go złapać obiema rękami za ogon i wyciągnąć z dziury. Rekin jest zdezorientowany i niezbyt zadowolony, dwa krótkie szarpnięcia i wyrywa się Maćkowi z rąk. Znowu śmiejemy się do rozpuku. Ok., to już koniec drażnienia rekinów, w końcu trafimy na rekina, który nie lubi żartów...

Nurkujemy kilka razy, ładując w międzyczasie butle. Za drugim razem namierzamy ośmiornicę, która ląduje jako starter do obiadu naszych talerzach. W głębokiej szczelinie ukryły się 3 wielkie langusty. Niestety jest jeszcze zbyt wcześnie i nie damy rady ich złapać. Nurkujemy od 7 rano i wczesnym popołudniem kotwiczymy w zatoczce, aby trochę odpocząć. Zatoka ma kształt podkowy - po prawej i po lewej po brzegach wspina się niedostępna gęsta dżungla, a za nami piaszczysta plaża jest otoczona kokosowymi palmami. Sławek wraca z brzegu z kokosem i mówi, że jest ich tam setki - proponuje żebyśmy zrobili zapasy. Nie ma się co zastanawiać, płyniemy na brzeg z Claudią i Marcinem i po 15 minutach mamy gromadkę około 30 kokosów. Specjalnie tych, w których jest płyn.

W takim kokosie wystarczy zrobić dziurkę śrubokrętem i albo pić przez słomkę, lub po prostu zlać do kubka. Z jednego kokosa mamy od półtorej do dwóch kubków mleczka kokosowego. Po przerwie obiadowej pod wodę idą Marcin z Krzyśkiem i Maciek jako instruktor. To już drugie nurkowanie, więc wszystko powinno iść coraz lepiej. Pierwsze zrobiliśmy w Kostaryce na Isla del Cano - super przejrzysta ciepła woda i pierwsze wrażenia.

Dla nich pierwszy raz pod wodą, dla mnie, świeżo upieczonego nurka, pierwsze nielegalne doświadczenia instruktorskie :)))) Na szczęścia tutaj na płytkiej wodzie jest ciekawie i jakoś sobie radzimy. Wszyscy jesteśmy podobnie zestresowani. Ja - czy powiedziałem wszystko, czy nie zapomniałem o jakimś ważnym szczególe? Marcin skupiony na sprzęcie nurkuje spokojnie, Krzysiek radzi sobie bardzo dobrze, ale cały czas macha rękami i nogami jakby chciał się opędzić od much. Przy kolejnym obrocie upada siedzeniem na piach - obaj parskamy śmiechem. Dzisiaj nurkowanie z profesjonalnym instruktorem przebiega bez zakłóceń.

Na koniec dnia wybieramy inna wysepkę w grupie Islas Cocos (Wysepki Kokosowe). Jest bardziej surowo. Szare skalne dno, powoli falujące kolorowe wodorosty i korale. Woda jest też dużo mniej przejrzysta, choć oddaliliśmy się tylko o niecałe 2 mile od poprzedniego miejsca.

Wtem dostrzegamy żółwia. Płynie sobie spokojnie niedaleko od nas. Pedałujemy w jego kierunku i zaczyna uciekać. Najpierw powoli, statecznie, potem coraz szybciej i szybciej, i szybciej.... a niech to...miał być żółw, a nie torpeda...Nie potrafimy go dogonić, pływa tak szybko, że nie mamy najmniejszych szans. Po całym dniu nurkowania jesteśmy skonani i nocne wachty będą koszmarem. Ruszamy w morze.

Nad ranem dopływamy do zatoki Naranja (Pomarańczowej). O tej porze wygląda niezwykle. Po wzgórzach położonych za zatoką powoli wspina się poranna mgła. Klucze ptaków lecą tuż nad samą wodą. W powietrzu czuje się zapach wilgotnej dżungli. Zatoczka jest wymieniona w przewodniku dla żeglarzy i stoją tu na kotwicy 3 niewielkie jachty. Stajemy kawałek dalej, aby nie budzić sąsiadów sprężarką - w końcu zaraz nurkowanie. Przy wyjściu z zatoczki usadowiły się dwie wysepki zrośnięte w całość, niczym siostry syjamskie wąskim przesmykiem zalewanym przez fale. Islas Roncadores (Roncar - chrapać) wyglądają wyjątkowo niegościnnie. Dzisiaj w locji czytałem, że to właśnie w tych okolicach Sir Francis Drake, słynny XVII wieczny pirat na usługach Królowej Anglii zaczajał się na hiszpańskie galeony, lub reperował zniszczony w walce statek - Złotą Łanię. W sumie nieważne czy to właśnie tutaj, ale już patrzymy na wysepki inaczej. Wyglądają perfekcyjnie, aby ukryć na nich skarb piratów. Niebezpieczne, dostępne tylko przy wysokiej wodzie, dla tych, którzy nie boją się ryzyka.

Zanurzamy się na krańcu wyspy przy kotłujących się na skałach falach. Od razu schodzimy na 15 metrów, aby uniknąć nieprzyjemnego rozkołysu. Od początku niesie nas prąd. Lecimy niby w rzece mijając kolejne skały. Teren jest niesamowicie urozmaicony. Zza skał wypadamy nad głębię, stado tuńczyków przemyka dołem. Zaraz potem wypłycenie, natleniona przybojem woda i stada kolorowych ryb nad rafą. Teraz wjeżdżamy w długi kanion i niesie nas niczym w tunelu. Wpadamy do szerszej doliny i widzimy kilka raj - płaszczek z długimi na 2 metry ogonami. Są całe pokryte ciapkami i też nie radzą sobie z prądem. Mimo, że łapiemy się skał prąd zabiera nas dalej. W końcu lądujemy na spokojnej hali podwodnej. Prąd jest tu dużo mniejszy i możemy poprzyglądać się życiu na rafie. W koniuszkach korali mieszkają małe rybki. Głowy mają nie większe niż główka szpilki. Można je zobaczyć dopiero wtedy, gdy dosłownie nosem wjedziemy w rafę. Obok kolorowe rozgwiazdy, wodorosty, korale, wielkie pofałdowane polipy nazywane tutaj "cerebro" (mózg). Miejsce jest przepiękne i nurkujemy dwa razy przez cały dzień. Wieczorem, jak zwykle wychodzimy w ocean, tym razem już bez dłuższych przystanków, prosto do Panamy.

W nocy z 28 lutego na 1 marca osiągamy najbardziej na południe wysunięty punkt naszej wyprawy - 007st 10 min N i 080st 50 min W. Znowu zwrot w wyprawie - zaczynamy teraz płynąć na północ do domu...

Nad ranem jesteśmy w okolicy ostatniego potencjalnego miejsca nurkowego. Wysepki Islas Frailes del Sur są grupą skał wysuniętych 5 mil w ocean od lądu Ameryki Centralnej. Na wysepce samotnie stoi biała latarnia morska. Żartujemy, że w tak samotnym miejscu dobrze byłoby odwiedzić latarnika z butelką. Z bliska oczywiście okazuje się, że latarnia jest automatyczna, chociaż w pobliżu sterczą kikuty dawnych zabudowań. Prawdopodobnie kiedyś mieszkał tu latarnik. Jest wcześnie rano, ale od razu schodzimy pod wodę. Jest zielonkawa i pełna meduz. Na głębokości 15 metrów czuć przenikliwe zimno - na komputerze temperatura spada do 20 stopni. W porównaniu do 30 stopni na powierzchni to duża różnica. W ciągu pierwszych 5 minut mamy przegląd pacyficznego życia podwodnego. Najpierw na wprost na nas sunie ogromna płaszczka i jak duch morskich głębin ucieka w ciemną toń. Zaraz potem trafiamy na żółwia, niestety równie nietowarzyskiego jak poprzedni. Z boku przemyka rekin. Wszystko w zielonkawej mgle, trochę tajemnicze i nierealne. Kiedy zbliżamy się do skał widzimy, że wśród kamieni wszędzie się coś porusza.

Podpływając bliżej Claudia pierwsza odskakuje w tył - mureny... dziesiątki muren. Widok przypomina żmijowisko. Zielonkawe cielska zwieńczone długą płetwą grzbietową snują się wśród głazów. Co chwilę widzimy następną i następną... Od ich wzroku ciarki przechodzą po grzbiecie. Mureny otwierają paszcze starając się odstraszyć intruza. W sumie nie są groźne, chociaż podobno ugryzienie przez paszczę pełną ostrych jak żyletki małych ząbków jest wyjątkowo nieprzyjemne i bolesne.

Nurkowanie przypomina mi teatr. Schodzimy w toń i jest cicho - jak przed spektaklem. Im niżej się zanurzamy tym jest ciemniej, jakby ktoś już gasił światła. Nie możemy się do siebie odezwać i porozumiewamy się na migi. Wtem pojawiają się aktorzy, również niemi. Akcja toczy się spokojnie, na scenie tańczą kolorowe ryby, w kamieniach wiją się mureny. Wielkie cerebros wyglądają niczym atłasowe fotele, na których można na chwilę przysiąść. Korale są niczym zdobienia i sztukaterie, powykręcane w fantastyczne kształty, ręką niewidzialnego artysty. Na nich wodorosty przypominające wachlarze. Czasami jak w scenie grupowej przemknie stado tuńczyków lub barrakud. W końcu pojawiają się główni aktorzy - majestatyczna płaszczka, wielkie ryby, pozornie powolne żółwie, wesołe manty i jak w greckim dramacie w kulminacyjnym momencie nad głowami przepływa rekin. Wstrzymujemy oddech i powoli przedstawienie dobiega końca. Aktorzy znikają za kulisami a my wychodzimy na powierzchnię. Dopiero teraz z podnieceniem na twarzach wykrzykujemy wrażenia ze spektaklu - jak po wyjściu z teatru na ulicę. Zamiast miejskiego ruchu, szumią fale rozbijające się o skały i gdzieś daleko słychać krzyk mew.Dominik Bac

Dominik Bac

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: