Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

List Grzegorza (11.07.2006)



Witam ponownie, prosto z pokładu S/Y Stary, parę słów od Grzegorza J.

Tym razem będzie po trochu z każdej beczki. Czytelników przygotowanych na literaturę wysokich lotów niestety zawiodę bo ani Hemingway'em ani Londonem nie jestem... Zauważyłem że nasze relacje może dużo mówią o życiu na Oceanie i wyzwaniach ale dają mało praktycznych porad i niewiele mówią o miejscach do których zawitaliśmy. Toteż znajdzie się parę rad dla ludzi którzy chcieliby odwiedzić jachtem Thorshavn i Rejkiavik.

Thorshavn to urocza miejscowość wcale nie wyglądająca na stolicę. Podejście do portu jest zasłonięte od wiatrów z Atlantyku przez dużą wyspę. Ponoć w cieśninie Noslo-fiord, między puerto, a wyżej wymienioną wyspą, występują jakieś gigantyczne prądy i zaleca się podchodzenie od północy. Nie zauważyłem tego w ogóle. Nie zauważają tego również miejscowi, nawet 12stoletnie dziewczynki pływają tamtędy w szalupie wiosłowej "tam i nazot" każdego dnia - taki sport narodowy...

Marina jest bezpłatna, trzeba tylko zapłacić kaucje za klucz do toalet i prysznica, no i tu się pojawiają schody... ciepła woda kosztuje 10 koron duńskich za 5 minut... Miasto jest ciche za dnia i głośne w nocy. Polecam wszystkim knajpkę niedaleko mariny, przesiaduje w niej wieczorami dużo naszych rodaków, a od 23 do 24 jest happy hour J... Rejkiavik. Podchodząc do portu wystarczy wjechać między wyspy Akurey i Engey. Okolice portu są głębokie (z paroma wyjątkami) toteż nie należy się przejmować pływami których skok sięga około 4m (przynajmniej podczas naszej wizyty). Same główki są dobrze osłonięte falochronem który wystarczy minąć i już jest się prawie na miejscu. Zarówno obsługa portu jak i celnicy są uprzejmi i pomocni. Prąd, woda, paliwo (przy okazji - paliwo dla jednostek pływających jest o połowę tańsze niż na stacjach benzynowych). Za tygodniowy postój zapłaciliśmy 50 euro. Toalety na poziomie łochocho...dostatecznym. Prysznice wyglądają jak zamówione z katalogu wysyłkowego dla naczelników zakładów karnych, za to oferują to co najważniejsze - gorącą wodę w nieograniczonych ilościach! Można przynieść sobie plastikowe krzesło i przez godzinę siedzieć i odpoczywać po trudach jakie stawia północny Atlantyk każdemu żeglarzowi... Moja ocena pryszniców 9/10.

Samo miasto bardzo mi się spodobało. Weekendami po północy, zaczynają się zabawy (jak w większości krajów, w których latem słońce prawie nie zachodzi). W dzień za to tętni od artystycznego życia. Podczas spaceru jaki odbyłem po Rejkiaviku, w drugą dobę postoju, widziałem: elegancko ubrane dziewczyny w maskach świń, rozmawiające przez komórki, malujące pędzlami kwadraty po dużym płótnie do muzyki z dużego pudła rezonansowego z trzema strunami; bandę dzieciaków w białych koszulach z czerwonymi krawatami budujących mur z pustaków i zaprawy na środku chodnika najbardziej ruchliwej ulicy z witrynami sklepowymi w Rejkiaviku; dużo kapel młodzieżowych i artystów - przebierańców...

Islandia tania nie jest i jeśli chce się ją naprawdę zwiedzić, to należy wydać więcej pieniędzy niż 6000 koron na Toyotę plus benzyna. Wracając do atrakcji miasta to znajduje się w nim jedna z najlepszych kafejek internetowych w jakich byłem. Wygodne skórzane fotele, wielkie płaskie monitory, zaawansowany sprzęt, i od groma gier komputerowych... toteż gdy wszyscy przyjaciele i bliscy poszli już spać w Polsce i nie mogli z nami rozmawiać, zacząłem się ścigać samochodami z Michałem w Need for Speed Underground 2 J. Zakończyliśmy zmagania remisem (choć Michał będzie się upierał, że wygrał)... Moby Dick.

W ostatni dzień pobytu gdy czekałem na przyjazd cysterny z paliwem, poszedłem na krótki spacer po pirsie by ochłonąć - irytuję się, gdy rzeczy nie idą zgodnie z planem, cysterna już miała dwugodzinne opóźnienie. Wymyśliłem sobie, że w końcu wypadałoby zobaczyć wieloryby skoro 5 dni staliśmy prawie burta w burtę z małymi wycieczkowcami, które wożą turystów na walenie. Zagaiłem więc ładną brunetkę, która sprzedawała bilety na wycieczki wieloryboznawcze. W swoim życiu przeczytałem niejedną książkę szpiegowską, więc wiem jak wyciągać informacje. Nie wychodzi mi to jednak najlepiej i już w trzecim zdaniu przyznałem się, że nie zamierzam kupić biletu, a chce się dowiedzieć tylko gdzie pływają te statki, bo dzisiaj ruszam jachtem na Ocean. W nagrodę uzyskałem cenne informacje: 40 minut z prędkością 11 węzłów w kierunku wyspy Puffinów, szukać ptaków.

Po powrocie na jacht zaznaczyłem na C-Mapie range 7,3 NM i namiar na wyspę. W przecięciu linii postawiłem markpointa o niepozornej nazwie "walenie". Po zatankowaniu i krótkim prysznicu (podarowałem sobie krzesło) ruszyliśmy na polowanie. Po dopłynięciu nad wskazane współrzędne oczywiście nie zastaliśmy żywej duszy (z resztą polowanie nie na tym polega). Toteż z lornetką w ręku zacząłem przeczesywać horyzont w poszukiwaniu naturalnych towarzyszy wielorybów - statków wycieczkowych. Po chwili wiedzieliśmy, w którym kierunku mamy zmierzać. Po godzinie, gdy już zamierzałem odłożyć się na kurs na Grenlandię, kątem oka zauważyłem ptactwo w dużej ilości. Czym prędzej popłynęliśmy w ich stronę. Na miejscu pachniało gwałtem i mordem - ewidentnie parę stworzeń straciło tu swoje życie. Moment wyczekiwania i oto wieloryb! Pokazał parę razy płetwę grzbietową i znikł... żadnego wybijania z wody czy machania ogonem... to było jak koncert Stinga w Warszawie - jasne, że wielka gwiazda, ale jakoś cicho i w ogóle bez fajerwerków.

Mimo to część załogi, która miała pierwszy raz do czynienia z tymi pięknymi zwierzętami była zadowolona. Zostawiwszy wieloryba za rufą ruszyliśmy na Grenlandię. A tu niespodzianka na 10 minut przyłączyły się do nas delfiny. Uwielbiam je. Pamiętam z dzieciństwa jak byłem z rodzicami w Bułgarii i poszliśmy do delfinarium. Mama zawsze mi mówi, że musiała mnie trzymać obiema rękami, bo wyrywałem się i chciałem wskoczyć do basenu... Tak mi zostało do dziś. Tym razem trzymał mnie zdrowy rozsądek, który mówił: za zimno, wskoczysz to serce ci stanie i nawet Marek ze swoim sprzętem i lekarstwami cię nie odratuje. Toteż ograniczyłem się do wtórowania Kolonowi w naszym okrzyku witającym delfiny: "SKAKAĆ, zwierzaki, SKAKAĆ".

Delfiny są uważane za dobry omen i tak było tym razem (nie zapeszajmy, ale od Islandii wieje nie więcej niż 5B, zostało jakieś 130 NM do wejścia do fiordu w prostej linii i mam nadzieję, że taka pogoda się utrzyma, pierwszy raz od wypłynięcia z Polski mieliśmy dużą Genue dłużej niż dobę J).

Co do innych zwierzaków to widzieliśmy ostatnio rodzinę Orek - nie były wielkie, wyglądały raczej na ekipę młodych orek idących na piwo z kryla i na foczki, do pobliskiego baru szelfowego "Stary Wrak".

Paranoja Niżowa. Odkąd mamy na jachcie radiostację i dwóch operatorów klasy A mamy również dostęp do nowych informacji. Męczyłem chłopaków o faksymile z sytuacją baryczną, trzy dni zanim wzięli się do roboty. Obudził mnie Kolon "Badaj to stary!" - i podsuwa mi laptopa pod nos. Prognoza T+48 - niż, prognoza T+72 zbieramy pogłębiający się niż na klatę razem z frontami, prognoza T+96 niż po nas przeszedł i wypełnia się pod Islandią... Ojoj, załoga, może będzie cięzka pogoda - oznajmiłem. Załoganci, którzy mieli nadzieję, że choć raz od wypłynięcia z Polski będziemy mieli spokojniejsze warunki natychmiast spochmurnieli. Skończyły się luźne rozmowy, wszyscy byli podenerwowani. Po krótkiej dyskusji z Kolonem i Tomkiem postanowiłem płynąć manewrem Marco Remiusa z "Czerwonego Października" - skrócić dystans między nami, a torpedą aby nie zdążyła się uzbroić. Czyli płynąć na południe, a gdy wiatr zacznie odkręcać to uciekniemy pod wschodnie wybrzeża Grenlandii na "dobrą stronę" niżu za nim się pogłębi (w sumie sprowadziło się to do tego że płynęliśmy tak jak mieliśmy płynąć przed "ciągnięciem faksymili, ale dorobienie do tego teorii zwiększa nutę dramatyzmu w tej opowieści).

I tak na noc, Marek zrefował grota na pierwszy ref, a Tomek zmienił foka na kliwra. Wszyscy robili to na zapas by móc spokojnie się wyspać... Tak że jak przyszedł czas na moje sterowanie to od 4 w nocy do 6 kiwałem się na ledwo poruszającym Starym i kląłem pod nosem. Nie chciałem budzić podwachtowego, bo był już przy dwóch zmianach żagli. Do tego, odkąd ustaliliśmy z Kolonem, że zmniejszamy powierzchnie żagli zanim zrobi się ostro, już nie raz zdarzyło mi się siedzieć przez dwie godziny czerwony ze wstydu na kolebiącym się wolno jachcie, bo zrzuciłem żagle bez sensu, a nie budzę drugi raz tego samego człowieka z którym zrzucałem po to by zmienić z powrotem żagle...

Po dwóch godzinach, gdy Kolon zaczął swoją wachtę, rozwijając większego foka dyskutowaliśmy o całej sytuacji. Co nam wszystkim się stało? Nigdy nie uciekaliśmy przed złą pogodą, nigdy na Oceanie nie interesowało nas jak przejdzie po nas niż (bo Starym za bardzo uciekać nie można) żeglować trzeba umieć w każdych warunkach... tak to jest z nowymi zabawkami... Finał: OczywiScie prognoza T+72 sprawdziła się jak horoskop w "Super Expresie"... przyszła odkrętka, ładna pogoda, potem zupełnie przycichło, niż poszedł bardziej na wschód, a my tylko śmiejemy się z paranoi jaką w 12 godzin rozkręciliśmy J...

To tyle, w następnym odcinku (może będzie a może nie - jestem leniem zdźiebko): o muzyce na jachcie, diecie nie-cud, paru patentach które umilą każdemu żeglarzowi cięższą pogodę i o tym co na rufie piszczy.

Pozdrawiam wszystkich!
Grzegorz Jendroszczyk

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: