Godthab
Thule
Gjoa Haven
Cieśnina Beringa
Dutch Harbor
Biegun Północny

zdjęcie galeriazdjęcie galeriazdjęcie galeria
więcej zdjęć:
http://amundsen.pl

Relacja Dominika Baca (17.08.2006)



15.08.2006 r. - O 2. nad ranem wypływamy w kierunku Przejścia - szybkie przemknięcie między znanymi już growlerami, górami lodowymi i ostatnie spojrzenie za rufę, gdzie zostają światła miasteczka. Od kilku dni można zauważyć już noc. W miasteczku po raz pierwszy włączono światła na ulicach. Co prawda panuje poświata i nie jest zupełnie ciemno, jednak czuć już zbliżająca się jesień. W nocy płyniemy w kierunku opuszczonej osady na brzegu Disko Bay. "Nekton" wypłynął kilka godzin wcześniej i ma na nas czekać na kotwicy.

Rano wstaję na wachtę sam - załoga jest na tyle mała, że właściwie jesteśmy na wachtach z autopilotem Simrada. Widoki absolutnie piękne: po prawej brzeg Grenlandii - ostre postrzępione szczyty i kształtne doliny polodowcowe, z lewej, bliżej - zielonkawe brzegi Disko Island. Na płaskich szczytach widać lodowce, przez lornetkę da się zauważyć spływające strumienie. Zero życia - krajobraz księżycowy, ale przepiękny. Szczyty gór toną w chmurach, co dodaje niezwykłości chwili. Płyniemy klucząc pomiędzy coraz rzadszymi growlerami i górami lodowymi. W dzisiejszej scenerii wyglądają niby mnisi sunący po szarych wodach Disko Bay. Zaskakuje zieleń, co prawda nie ma drzew, ale brzegi są czasami zielone od traw i porostów. Nie dziwię się, że została nazwana Grenlandią - zielonym lądem.

Dochodzimy do "Nektona", który stoi już na kotwicy przy osadzie Qutdligsat. Mijamy ogromna górę lodową blisko brzegu, jeszcze tylko kotwica i na ląd.

16.08. 2006 r. - Zwiedzanie Qutdligsat zajmuje nam około czterech godzin. Osada jest imponująco rozległa, jak na warunki grenlandzkie i liczy około 100 domów. Podobno istniała tutaj kiedyś kolonia górnicza. Miasteczko opustoszało na początku lat siedemdziesiątych. Zgodnie z informacjami, które zasłyszeliśmy jeszcze w Ilulissat, powodem opuszczenia miasta miał być obryw skalny na drugim brzegu cieśniny i spowodowana tym fala, która zniszczyła nisko położoną cześć miasta. Z drugiej strony - naszym zdaniem - większa ilość domów pozostała nietknięta i z tego powodu ucieczka mieszkańców wydaje się dość zagadkowa. Patrząc jeszcze z wody osada wygląda identycznie, jak do dzisiaj zamieszkane inne wioski grenlandzkie z kolorowymi domkami. Zwiedzamy kolejne domy, w środku panuje bałagan, ale miasto nie wygląda na opuszczone w pośpiechu. Nie ma żadnych sprzętów domowych, brak jest nawet śmieci, wszędzie wieje pustką i tajemnicą. W kilku domkach znajdujemy ślady bytności ludzi, prawdopodobnie łowcy mają tutaj bazę na czas polowań lub schronienie na okres złej pogody. Idziemy do najwyżej położonego domu. Jeszcze z jachtu stwierdziliśmy, że wygląda bardzo imponująco i Kostek zarezerwował go dla siebie. Dom jest bardzo okazały, drewniany kryty gontem, wnętrze wymiecione ze wszystkich sprzętów, a widoki z okien, jak w schronisku górskim. Nie do końca rozumiemy, dlaczego osada została opuszczona. Do jachtów schodzimy w mżawce, góry pokrywają się niskimi chmurami potęgując atmosferę tajemnicy. Przechodząc przez cmentarz patrzymy na daty - większość z końca lat sześćdziesiątych, na samej górze wspólna mogiła trzech osób z jednego dnia i najświeższa data 1971 rok - czyżby dzień katastrofy?

Odpływamy w kierunku Zatoki Baffina. Do wyjścia na pełne morze zostało jeszcze około 50 mil. W odległości kabla od nas idzie "Nekton". Sceneria cieśniny - fiordu jest niesamowita. Śmiało mógłbym powiedzieć tolkienowska. Po obu stronach ciągną się pasma górskie, z których spływają lodowce i gdzieniegdzie kaskadami strumienie. Pierwotny krajobraz skały, lodu i wody. Wszystko tonie w niskich plastycznych chmurach.

Około północy dochodzimy do krańca fjordu. Z obu stron otaczają nas rzędy gór lodowych. Nad stromym brzegiem Disko na chwilę zabłysło słońce oświetlając fragment lodowca i jego prawie 1000 metrową ścianę. Decydujemy się zatrzymać na chwilę i wspólnie z załogą "Nektona" pożegnać się z Grenlandią. (...) Dla takich chwil aż chce się żeglować. Po 31. latach od czasu "Gedanit", tym razem dwa Polskie jachty stoją przed Przejściem Północno-Zachodnim.

17.08. 2006 r. - Po trzech dniach kambuza, mam pierwsza wachtę nawigacyjna. Dookoła Morze Baffina, a właściwie zatoka, jak nazwali ją pierwsi odkrywcy przekonani, że żeglują po większej zatoce Atlantyku. Zostało nam około 130 mil do Pond Inlet położonego w cieśninie miedzy Ziemią Baffina i Wyspą Bylota. Powinniśmy dotrzeć tam jutro w nocy.

Od wypłynięcia z Kangerlussuaq - to pierwszy morski przelot, jak na razie wszystko pracuje poprawnie, wszyscy jesteśmy mocno zmęczeni i dodatkowe kiwanie sprawia, że większość czasu spędzamy w kojach, w cieplnych śpiworach Alpinusa.

Około południa mamy pierwszą poważną awarię - pęka sterociąg, czyli linka stalowa łącząca (poprzez system bloczków) koło sterowe ze sterem. Krótko mówiąc nie mamy steru. Naprawa sterociągu na morzu jest dość uciążliwa i wiąże się z rozebraniem na części pierwsze rufy "Starego". Dodatkowo niemiły baksztagowy rozkołys utrudnia prace. W pierwszym momencie decydujemy o włączeniu autopilota SIMRAD, który posiada osobny siłownik niezależny od sterociagów. Po chwili stwierdzamy, że system działa na tyle dobrze, że możemy na nim jechać do momentu ustania fali i możliwości naprawy. Dodatkowym plusem jest to, że wachta nawigacyjna odbywa się praktycznie pod pokładem i ogranicza się do kontroli autopilota i radaru. Co 10 minut kontrola horyzontu okiem. Na polepszenie humorów pomarańcze - założę się, że nigdzie nie smakują tak dobrze jak w zatoce Baffina.

Jest coraz zimniej, dodatkowo zwiększyła się wilgotność, co wzmaga odczuwanie zimna. Często powracam myślami do żeglarzy, którzy odkrywali te regiony i których imiona znaczą nazwy zatok i wysp. Trasa naszego rejsu oprócz powtórzenia drogi Amundsena sprzed 100 lat jest również odtworzeniem drogi większości żeglarzy, którzy przedzierali się przez te wody od ponad 400 lat. Dzisiaj pokonujemy trasę z Disko Bay do Pond Inlet wyposażeni w najnowsze pomoce nawigacyjne: mapy C-Map, radar wychwytujący nawet growlery i przede wszystkim w silnik. Żeglarze tacy jak Davis, Bylot i jego pilot Baffin musieli wiele razy przechodzić tutaj chwile zwątpienia: bezużyteczny kompas, wieczna mgła utrudniająca żeglugę i uniemożliwiająca namiary astronomiczne, wreszcie brak silnika i zdanie się na kapryśne arktyczne wiatry, których albo nie ma albo wieją z siłą sztormu. Mimo tego Bylot i Baffin zdołali przedrzeć się przez zaporę lodu, która nie pozwoliła płynąć dalej na północ Davisowi i dotarli aż do cieśnin Lancaster i Smitha. Ich rekord żeglugi pozostał nie pobity przez ponad 200 lat.

Dominik Bac, 2006-08-17

QNT Systemy Informatyczne
Godthab: Temp.: -3 °C Ciśnienie: 1010 hPa Wiatr: